30 lat po zdobyciu srebrnego medalu olimpijskiego w Barcelonie Andrzej Juskowiak dla nas: Tworzyliśmy „bandę”, którą trudno było pokonać

Jacek Kmiecik
Jacek Kmiecik
8 sierpnia 1992. Finał olimpijski Barcelona: Hiszpania - Polska (3:2). Król strzelców igrzysk Andrzej Juskowiak
8 sierpnia 1992. Finał olimpijski Barcelona: Hiszpania - Polska (3:2). Król strzelców igrzysk Andrzej Juskowiak Teodor Walczak/PAP
Udostępnij:
Andrzej Juskowiak, obchodzi z kolegami z piłkarskiej reprezentacji Polski 30 rocznicę zdobycia srebrnego medalu olimpijskiego na igrzyskach w Barcelonie 1992. „Jusko” został w tym turnieju królem strzelców. Po igrzyskach grał w Sportingu Lizbona, Olympiakosie Pireus, Borussii Moenchengladbach, VfL Wolfsburg, Energie Cottbus i Erzgebirge Aue. Był trenerem napastników Lecha Poznań, gdzie szkolił między innymi Roberta Lewandowskiego. Obecnie jest ekspertem w Canal+Sport oraz skautem Lecha na Portugalię i Austrię.

Hucznie obchodzicie trzydziestolecie zdobycia srebrnego medalu olimpijskiego na igrzyskach w Barcelonie?
Nic nie słyszałem, żeby odbył się jakiś jubileusz. W każdym razie nie dostałem żadnego zaproszenia.

8 sierpnia 1992. Finał olimpijski Barcelona: Hiszpania - Polska 93:2). O piłkę walczą Wojciech Kowalczyk, Ryszard Straniek i Andrzej Juskowiak
8 sierpnia 1992. Finał olimpijski Barcelona: Hiszpania - Polska 93:2). O piłkę walczą Wojciech Kowalczyk, Ryszard Straniek i Andrzej Juskowiak Teodor Walczak/PAP

Na dwudziestopięciolecie spotkaliście się w Muzeum Sportu przy siedzibie PKOl. na Wybrzeżu Gdańskim w Warszawie. Spotkanie zorganizował były prezes Fundacji Olimpijskiej, Zbigniew Niemczycki.
Tak, generalnie było, jak na każdym naszym spotkaniu, ciekawie, zabawowo, spontanicznie. Bo rzeczywiście mamy co wspominać. Wśród nas jest wielu rozgadanych gości. Takie obchody są zawsze sympatyczne…

Może i w tym roku uda się wam jednak spotkać, bo podobno imprezę na Dzień Piłkarza szykuje Ministerstwo Sportu, wspólnie z PZPN, dla uczczenia złotego medalu olimpijskiego w Monachium 1972 i srebrnego w Barcelonie 1992.
O, dobrze wiedzieć. Na pewno chętnie się wybiorę. Niewiele mamy okazji do wspólnego celebrowania. Pięć lat temu spotkaliśmy się w zasadzie niemal w komplecie. Zabrakło chyba tylko Tomka Wałdocha i Olka Kłaka.

I był jeszcze z wami trener Janusz Wójcik. Było to wasze ostatnie spotkanie z selekcjonerem, bo kilka tygodni później żegnaliście go na pogrzebie na warszawskim Służewcu.
Tak, przykre to, że już zabraknie tego karcącego spojrzenia i rubasznego żartu trenera. Kto mógł przypuszczać, że parę tygodni po wesołym jubileuszu przyjdzie nam w smutku się z nim pożegnać. Tak wiele miłych chwil nas łączyło.

Finał olimpijski z Hiszpanią w Barcelonie był ich zwieńczeniem?
Choć srebro odbieraliśmy wtedy jako wielki sukces, to z czasem coraz bardziej jest nam żal straconej szansy na złoto. Naprawdę tak niewiele brakowało. Mieliśmy autentyczną szansę zapisać się złotymi zgłoskami w historii. Szkoda, że się nam nie udało. Ile razy oglądamy ten finał, wspominamy, to coraz więcej jest głosów, że można było zakończyć to inaczej. Już nie chodzi o samą końcówkę, w której straciliśmy bramkę. Więcej można było zrobić przez cały mecz, który przecież trwa dziewięćdziesiąt minut. Tych sytuacji strzeleckich nie mieliśmy za dużo, ale powinniśmy je wykorzystać. Ja nie mogę sobie wybaczyć główki obok słupka w drugiej połowie. Normalnie nie myliłem się w takich sytuacjach. Tak, trzeba było to trafić. Hiszpanie grali bardzo dobrze w defensywie. Tylko z nami w tym turnieju stracili bramki. Tym bardziej, powinniśmy ich bardziej skarcić.

8 sierpnia 1992.Finał olimpijski Barcleona: Hiszpania - Polska. od lewej stoją: Aleksander Kłak (bramkarz), Dariusz Gęsior, Tomasz Łapiński, Wojciech
8 sierpnia 1992.Finał olimpijski Barcleona: Hiszpania - Polska. od lewej stoją: Aleksander Kłak (bramkarz), Dariusz Gęsior, Tomasz Łapiński, Wojciech Kowalczyk, Andrzej Juskowiak, Tomasz Wałdoch; od lewej w przysiadzie: Marcin Jałocha, Jerzy Brzęczek (kapitan), Marek Koźmiński, Ryszard Staniek, Andrzej Kobylański. Teodor Walczak/PAP

TVP Sport pokaże we wtorek reportaż „La Banda”, przedstawiający nieznane filmy z igrzysk w Barcelonie, kręcone przez was – piłkarzy, Darka Adamczuka i chyba przez ciebie?
Nie, ja nie nagrywałem wideo. Robił to „Chińczyk” i Piorek Świerczewski albo Rysiek Staniek. Darek Adamczuk nigdy dotychczas tych filmów nie udostępniał. Będziemy więc mieć premierę. Ujrzy to w końcu światło dzienne. Działo się. Było trochę spontanu. Naprawdę tworzyliśmy zgraną grupę. Nie da się czegoś takiego stworzyć i scementować w dwóch-trzech meczach. Nie znaliśmy się z Facebooka czy Instagrama. Mieliśmy ścisłe relacje. Znaliśmy się jak łyse konie. Wiedzieliśmy o sobie sporo. Tworzyliśmy „bandę”, którą trudno było pokonać. Na tamte czasy zapewniono nam bardzo dobre warunki i pełną mobilizację. Za buty adidasa, każdy chciał w ogień skoczyć. Za buty, które nam na olimpiadę przygotowano. To był jeden z tych czynników mobilizujących nas do walki.

I złote Polonezy?
O Polonezach dowiedzieliśmy się dopiero podczas turnieju. Wcześniej nie było o nich mowy. Te Polonezy miały też zachęcić nas do gry o finał.

W zajawce reportażu „La Banda”, wspomniałeś, że nosiliście wtedy długie włosy i wąsy, więc można było was się bać. Hiszpanie was się jednak nie przestraszyli.
Na pewno się nas obawiali. Czuliśmy to. Bali się naszych kontr, które zresztą skutecznie wyprowadziliśmy także w finale. Mieliśmy wszystko doskonale przygotowane i wypracowane. Gdy mnie Hiszpanie pilnowali i nie dawali się urwać, Rysiek Staniek wszedł na moją pozycję, tak jak miał zresztą wchodzić, i zrobił to, co do mnie należało. Wcześniej gola zdobył „Kowal”. Prowadziliśmy, a po stracie dwóch bramek udało nam się doprowadzić do wyrównania. Nie powinniśmy tego meczu przegrać.

Zagraliście na Camp Nou w obecności dziewięćdziesięciu pięciu tysięcy widzów. Hiszpanie zaczęli zdobywać bramki, dopiero jak na stadionie pojawił się król Juan Carlos.
Finał był pięknym widowiskiem, godnym walki o olimpijskie złoto. Chyba jednym z najlepszych w historii turniejów piłkarskich na igrzyskach, jeśli chodzi o emocje, zmienność akcji i huśtawkę nastrojów. To była piłkarska uczta. Szkoda, że nie uwieńczona deserem i naszym happy endem.

8 sierpnia 1992. Finał olimpisjki Barcelona; Hiszpania - Polska (3:2).   Ryszard Staniek (leży) po strzeleniu gola. Od lewej Piotr Świerczewski, Jerzy
8 sierpnia 1992. Finał olimpisjki Barcelona; Hiszpania - Polska (3:2). Ryszard Staniek (leży) po strzeleniu gola. Od lewej Piotr Świerczewski, Jerzy Brzęczek, Andrzej Juskowiak,Wojciech Kowalczyk #20 Teodor Walczak/PAP

Dariusz Szubert twierdzi, że z nim finał byłby wygrany i ma żal, że nie zagrał z Hiszpanami, choć w przeddzień miał to obiecane. Wystąpił jednak Andrzej Kobylański, który potem za 750 tysięcy marek przeszedł do FC Koeln i Piotr Świerczewski, bo był piłkarzem GKS Katowice, którego prezes Marian Dziurowicz rządził w PZPN.
Najbardziej zawalił Darek Adamczuk. Bo to on miał grać. Może wolał filmować i dlatego „złapał” drugą żółtą kartkę w półfinale z Australią, aby pauzować w finale? A poważnie, to z nim we wcześniejszych meczach układało się wszystko idealnie. Zdążył mi dograć na ostatnie moje jakże ważne trafienie w meczu z Australią.

Ważne, bo dzięki niemu zostałeś królem strzelców, a nie Wojtek Kowalczyk.
Zostać królem strzelców w takim turnieju, to naprawdę wielka sprawa. Przejść przez całe eliminacje nie było łatwo. Śmiem twierdzić, że piłkarskim reprezentacjom najtrudniej jest się dostać na turniej olimpijski. Łatwiej zagrać na mistrzostwach Europy czy mistrzostwach świata, niż w igrzyskach, gdzie kwalifikacje są długie, wielostopniowe. A z Europy kwalifikują się tylko cztery reprezentacje.

25.03.1992. Zabrze. Reprezentacji Polski U-21 przed rewanżowym meczem z Danią w ćwierćfinale młodzieżowych mistrzostw Europy, będącym jednocześnie kwalifikacją
25.03.1992. Zabrze. Reprezentacji Polski U-21 przed rewanżowym meczem z Danią w ćwierćfinale młodzieżowych mistrzostw Europy, będącym jednocześnie kwalifikacją do igrzysk olimpijskich w Barcelonie. Od lewej Ryszard Staniek, Dariusz Adamczuk, Andrzej Juskowiak, Grzegorz Mielcarski, Marek Koźmiński, Marek Bajor , Grzegorz Lewandowski, Dariusz Gęsior, Tomasz Wałdoch, bramkarz Arkadiusz Onyszko i kapitan Jerzy Brzęczek Stanisław Jakubowski/PAP

Wam też się to cudem udało, zresztą dzięki twojej wyrównującej bramce w Zabrzu z Danią.
Tak, to była najbardziej niedoceniana bramka w tych eliminacjach. A w sumie otwierała nam drogę do medalu olimpijskiego. Bez niej nie pojechalibyśmy w ogóle na igrzyska, choć wcześniej wygraliśmy wszystkie mecze w grupie i to z jakimi rywalami – Anglią, Turcją i Irlandią. Już w samym turnieju olimpijskim dobrze nam szło – wygraliśmy z Kuwejtem, Włochami, zremisowaliśmy z USA, ograliśmy w ćwierćfinale Katar, a potem Australię, by w finale przegrać z Hiszpanią. Mieliśmy różnorodnych przeciwników właściwie z całego świata, co też nie było wygodne, bo w każdym meczu trzeba było zmieniać styl gry, aby dopasować się do rywali i ich przechytrzyć. Ale byliśmy do tego turnieju świetnie przygotowani. Kapitalnie zmotywowani. Wiedzieliśmy, że nie ma na nas mocnych.

24 lipca 1992. Saragossa. Faza grupowa furnieju olimpijskiego Barcelona. Mecz Polska - Kuwejt (2:0). Zdobywca dwóch bramek Andrzej Juskowiak
24 lipca 1992. Saragossa. Faza grupowa furnieju olimpijskiego Barcelona. Mecz Polska - Kuwejt (2:0). Zdobywca dwóch bramek Andrzej Juskowiak EFE/PAP

W drugim meczu turnieju rozbiliście w pył Włochy, aktualnych wówczas młodzieżowych mistrzów Europy z trenerem Cesare Maldinim, który z Italią trzykrotnie sięgał po mistrzostwo Europy U21.
To był nas najlepszy mecz w całej olimpijskiej przygodzie, począwszy od eliminacji, a skończywszy na finale. Podeszliśmy do tego spotkania tak skoncentrowani i mega zmobilizowani, że „zatańczyliśmy” z nimi, jak chcieliśmy. Wychodziło nam w nim praktycznie wszystko. W defensywie wytrącaliśmy ich z równowagi, świetnie konstruowaliśmy, zabójczo kontrowaliśmy. Zagraliśmy perfekcyjnie. Piłeczka chodziła jak po sznurku. Nie było żadnego słabego punktu, ze zmiennikami włącznie. Ten mecz i wysoka wygrana naładowały nas okrutnie. Poczuliśmy się mocni. Pokazaliśmy, jacy jesteśmy silni i że idziemy po swoje z wypiętymi klatami i nikt nam nie podskoczy. Tym się napędziliśmy. Bez tej demolki Włochów nie byłoby srebra w gorącej Barcelonie, gdzie naprawdę w środku lata nie dało się wytrzymać.

27 lipca 1992. Barcelona. Faza grupowa tunieju olimpijskiego Barcelona: Polska - WŁochy (3:0). Zdobywca pierwszej bramki Andrzej Juskowiak
27 lipca 1992. Barcelona. Faza grupowa tunieju olimpijskiego Barcelona: Polska - WŁochy (3:0). Zdobywca pierwszej bramki Andrzej Juskowiak PA/PAP

Klimatyzacja, jak dziesięć lat wcześniej, gdy Polacy zajęli trzecie miejsce na mundialu w Hiszpanii w 1982 roku, też nie działała?
Mieszkaliśmy w wiosce olimpijskiej, a tam klimatyzacji nie było. Graliśmy też w Saragossie i tam mieszkaliśmy w hotelu z klimatyzacją. Ale najbardziej uciążliwe były przejazdy autokarami. W autokarach niby było piętnaście stopni chłodniej niż na zewnątrz, gdzie lampa grzała niemal pod pięćdziesiątkę. Słabe to było. Nużące, czy wręcz męczące podróże, po których odechciewało się wszystkiego. A my w takim ukropie zdobyliśmy srebro. Naprawdę do tego turnieju byliśmy nieprawdopodobnie przygotowani.

Zdobyliście ostatni dla Polski medal w grach zespołowych. Po was żadnej drużynie biało-czerwonych nie udało się stanąć na olimpijskim podium.
Tym bardziej ten sukces należy docenić. Mieliśmy przecież po drodze wybitnych siatkarzy, mistrzów świata. Byli i piłkarze ręczni. A tylko nam się ostatnim powiodło. Zdobycie medalu na igrzyskach, to nie jest bułka z masłem. Tego naprawdę nie dostaje się za darmo.

Czy przed walką o złoto nie wystrzelaliście się niepotrzebnie w półfinale z Australią?
Australię rozgromiliśmy 6:1. Może rzeczywiście po zobyciu trzech-czterech bramek trzeba było dokonać zmian, dać nam w końcówce trochę odetchnąć przed finałem? To jednak nie było w mentalności naszego trenera. Janusz Wójcik nigdy nie odpuszczał, zawsze chciał wygrywać jak najwyżej. A zwłaszcza, gdy dostrzegł słabość rywala i kiedy udało się go złamać, zachęcał nas do jego dobicia, zaprezentowania nad nim całkowitej dominacji. Musieliśmy grać na najwyższych obrotach do ostatniego gwizdka. Dzięki temu zdobyłem bramkę, zapewniając sobie tytuł króla strzelców.

Nie udało ci się jednak zwieńczyć tego wspaniałego turnieju, golem w finale, zapewniającym złoty medal.
Byłaby to pełnia szczęścia. Bramka w finale była zresztą dodatkowo opłacana. Wiem, że coś takiego przygotowano. Ale gola nie strzeliłem, więc nic nie dostałem.

A za koronę króla strzelców otrzymałeś nagrodę?
Nie, na igrzyskach olimpijskich nie dostaje się za taki tytuł premii. Tylko za medale. Sponsorzy też nie przygotowali za koronę żadnej niespodzianki.

Niespodzianką jednak był kontrakt zawarty jeszcze przed igrzyskami ze Sportingiem Lizbona.
Uważam, że dobrze się stało, że podpisałem umowę przed turniejem, bo miałem spokojną głowę. Kto wie, czy nie byłbym zakręcony podczas igrzysk i spisywałbym się tak samo, gdyby chodzili za mną menedżerowie. Nie byliśmy wtedy na to przygotowani. Jak moglibyśmy sobie poradzić z ofertami, którymi nęcili nas agenci i czy nie odbiłoby się to na naszej grze?

Kto wie, może jednak byłbyś pierwszym Polakiem po igrzyskach w Barcelonie, który trafiłby do FC Barcelony, trzydzieści lat przed Robertem Lewandowskim?
Nie słyszałem o zainteresowaniu Barcelony moją osobą i wątpię, żebym tam trafił. Słyszałem w trakcie turnieju o zainteresowaniu Włochów, konkretnie Fiorentiny, ale temat był dla mnie zamknięty.

Ale być może ściągnąłby ciebie na Camp Nou Bobby Robson, który sprowadził cię do Sportingu?
Nie wiem. Nie miałem wpisanej klauzuli odstępnego, więc trudno byłoby mnie wykupić ze Sportingu. Zresztą wątpię, żeby prezes Sousa Cintra, który mnie kupił z Lecha, od razu pozbyłby się mnie po igrzyskach. Kibice „Lwów” nie darowaliby mu, że sprzedał króla strzelców olimpiady. To w ogóle nie wchodziło w rachubę.

Cieniem na srebrze kładzie się niewyjaśniona afera dopingowa.
W meczach na igrzyskach w siedemdziesiątej minucie kierownik drużyny przeciwnej zawsze wskazywał dwóch zawodników do kontroli dopingowej. Mnie w tym turnieju szło wybornie, należałem do najlepszych, więc naturalnie byłem najczęściej typowany do sprawdzenia. Nie było do mnie żadnych zastrzeżeń, więc temat dla mnie jest zamknięty.

8 sierpnia 1992. Finał olimpijski Barcelona: Hiszpania - Polska (3:2). Andrzej Juskowiak bramki w meczu na Camp Nou nie zdobył
8 sierpnia 1992. Finał olimpijski Barcelona: Hiszpania - Polska (3:2). Andrzej Juskowiak bramki w meczu na Camp Nou nie zdobył Teodor Walczak/PAP

Nie skonsumowaliście medalu olimpijskiego, choć hasło po powrocie z igrzysk było buńczuczne „zmieniamy szyld i jedziemy dalej”.
Trochę się rozjechaliśmy po świecie. Zaraz po turnieju pojechałem do Portugalii. Nie było kontaktu. Każdy szukał w rozwoju drogi zagranicznej. Ja skoncentrowałem się na grze w klubie, co całkowicie mnie pochłonęło. Łatwo powiedzieć „zmieniamy szyld”... W reprezentacji grali zawodnicy, którzy zasługiwali, aby nadal w niej występować. A z nas – medalistów olimpijskich przez polską kadrę większość się przewinęła. I jakoś w tej kadrze dawała radę. Chyba dostarczyliśmy do pierwszej reprezentacji najwięcej kadrowiczów, którzy dziesięć lat później na mistrzostwach świata w Korei i Japonii stanowili o sile drużyny narodowej. Większość z nas została w piłce i daje sobie radę. Dzięki temu, że byliśmy świetnie wyselekcjonowani i przygotowani do osiągnięcia wyniku, zarówno fizycznie jak i mentalnie. Mamy charakter, odpowiedzialność i samodyscyplinę, ukształtowane na początku piłkarskiej kariery. Trzydzieści lat później mamy w polskiej piłce jeszcze wiele do powiedzenia.

Czy nie warto byłoby wzorem „Orłów Górskiego” kultywować pamięć o, nazwijmy to roboczo, „Eskadrze Wójcika” i grać, jak oldboje z drużyny Kazimierza Górskiego, mecze pokazowe w całej Polsce i każdej gminie?
Sześć lat temu podjąłem decyzję, że nie zagram już żadnego meczu, po tym jak miałem problemy z Achillesem, kolanem czy łydką. Świadomie więc nie gram i nie jeżdżę na festyny oraz pokazowe mecze. Nie chcę mieć pokusy i na spontanie, w przypływie adrenaliny wyjść na boisko i „złapać” kontuzję, która przykuje mnie do łóżka. Lata młodzieńczej fantazji mam już za sobą. Wieku nie da się oszukać. Dbam o zdrowie inaczej. Biegam, żeby się nie wykluczyć z aktywności fizycznej. Mecze pokazowe całkowicie odpadają.

W podziemiach Camp Nou wciąż na frontowej ścianie znajduje się duże zdjęcie z pamiętnego finału olimpijskiego Barcelona 92. W końcu doczekaliśmy się Polaka w słynnej Barcelonie. Lewandowski w meczu o Puchar Gampera pokazał, że pamięta sztuczki, których nauczyłeś go jako trener napastników w Lechu Poznań.
Haha, faktycznie coś jeszcze z moich lekcji Robert zapamiętał. W takich meczach trzeba się wykazać sprytem i cwaniactwem, żeby zdobyć poklask kibiców. Robert będzie miał ułatwione zadanie pokazania snajperskiego kunsztu, bo Barcelona gra ultraofensywnie. To na razie była rozgrzewka do tego, co będzie później. W Barcelonie chcą tytułów. I nie liczy się, czy Robert strzeli nogą, głową, brzuchem czy tyłkiem, ważne, żeby wpadło do sieci i z tego będzie rozliczany. Ważna jest ilość i regularność. O jego formę raczej się nie boję, bo o nią zawsze potrafił zadbać. Bardzo bym chciał, żeby ułożył sobie wszystko tak, jak ma to wyznaczone. Automatyzmy zostają w niektórych ruchach. Ale mecz z Pumas UNAM pokazał, że „Lewy” nabrał gibkości i elastyczności, takich kocich ruchów. To ważne, bo w Barcelonie szybko grają, szybko biegają i szybko myślą. Trzeba doskonale antycypować podania skrzydłowych, żeby się do nich nie spóźnić. Bayern był jednak bardziej wyrachowany i dłużej konstruował ataki. W Barcelonie szybo się dzieje i nie da się nadrobić. Jeśli ktoś się spóźni, wypada z gry.

Skrzydłowi Raphinha i Ousmane Dembele raczej będą grali pod siebie. „Lewy” nie może liczyć na ich częste podania.
To jest Barcelona. Tu każdy chce się pokazać, zdobyć bramkę, pracować na swoje konto. Hiszpanie właśnie za to kochają piłkarzy. Robert swoje szanse też będzie miał i musi tylko nadążyć. Moim zdaniem da radę.

Rozmawiał Jacek Kmiecik

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Polecane oferty

miejsce #1

Huawei

Huawei Band 6 Różowy

370,99 zł249,00 zł-33%
miejsce #2

Fitbit

FITBIT Charge 5 Steel Blue Platinum Stainless Steel

952,00 zł649,00 zł-32%
miejsce #3

Samsung

Samsung Galaxy Fit2 SM-R220 Czerwony

270,47 zł189,00 zł-30%
miejsce #4

Huawei

Huawei Band 6 Czerwony

249,99 zł207,94 zł-17%
miejsce #5

realme

Realme Band 2 Czarny

202,99 zł178,99 zł-12%
miejsce #6

Samsung

Samsung Galaxy Fit2 SM-R220 Czarny

249,00 zł225,13 zł-10%
Materiały promocyjne partnera

Magazyn sportowy Gol24 odc. 1 skrót

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Więcej informacji na stronie głównej Głos Pomorza
Dodaj ogłoszenie