On walczył z Werwolfem

Fot. Archwium
Wojciechowski pracował w milicji do marca 1946 r. Gdy jego partyzancka przeszłość w AK zaczęła uwierać szefów, przeszedł do skarbówki.
Wojciechowski pracował w milicji do marca 1946 r. Gdy jego partyzancka przeszłość w AK zaczęła uwierać szefów, przeszedł do skarbówki. Fot. Archwium
Prosto z partyzantki trafił do milicji. Tadeusz Wojciechowski zżyma się, gdy słyszy wspomnienia, w których mowa jest o rabunkach przeprowadzanych jedynie przez Rosjan. Gdy ktoś mówi, że na Pomorzu Werwolf nie działał, a Niemcy byli potulni.

- Co oni wiedzą, co widzieli, co chcą pamiętać? - mówi. - Jestem bodajże ostatnim już, który walczył z Werwolfem w Szczecinie, Koszalinie i Świnoujściu.

Schować się w milicji

Z Niemcami walczył w kieleckim oddziale Witolda Kucharskiego ps. Wicher. Drugim dowódcą był nie mniej sławny partyzant Aleksander Arkuszyński ps. Maj, który współtworzył Ruch Oporu Armii Krajowej i brał udział w brawurowym ataku na siedzibę Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Pabianicach. W głośnej podówczas akcji odbito więzionych AK-owców.

Wojciechowski używał pseudonimu Roland. W ostatnich miesiącach wojny dowódcy powiedzieli podwładnym, że nie mają co liczyć na uznanie ze strony Sowietów. Radzili, by uciekali za granicę, albo ukryli się na nowych terenach, wstępując do milicji, bo pod lampą najciemniej. Tak też zrobił. Dokumenty sfabrykowała jemu i przyjacielowi Janowi Staśkiewiczowi ps. Żbik kuzynka Danuta Karbowska. Pracowała w urzędzie, w Piotrkowie Trybunalskim.

- Dokumenty były bardzo dobre, w języku polskim i rosyjskim - wspomina. - A co najważniejsze, miały duże urzędowe pieczęcie, co dla Rosjan było najważniejsze.

Jak w strasznej bajce

Po wielu przygodach dotarli do Altdamm, dzisiejszej dzielnicy Szczecina, Dąbie. Stąd przez mosty pontonowe i radzieckie kontrole doszli do centrum miasta.

- Ruszyliśmy w kierunku Hakenterasse (Wałów Chrobrego) wśród morza gruzów - opowiada o pierwszych chwilach pobytu w mieście.

Był 8 maja. Nikogo wokół, jedynie tlące się ruiny, palące się budynki i odgłosy strzałów.

- Nie wiedzieliśmy co ze sobą zrobić.

Dotarli do Tumerstrasse (ul. Jagiellońska), gdzie przyciągnęły ich niezburzone domy. Mieszkania wyglądały tak, jak gdyby ktoś przed chwilą dopiero je opuścił. W szafach ubrania, na ścianach obrazy, a w kuchni talerze z niedojedzonymi potrawami.

- Czuliśmy się jak w strasznej bajce, gdzie za chwilę pojawią się duchy mieszkańców - mówi. - Wrażenie było niesamowite. Nie pomagało nawet doświadczenie partyzanckie.

Ruszyli dalej. Pod wieczór dotarli do Niebuhstr. (ul. Wyspiańskiego), gdzie obok dużego parku stały puste domki. Postanowili zanocować w willi.

Pierwsze starcie

- Drzemaliśmy w gabinecie na parterze. Obudziły nas kroki. Ktoś wszedł do domu. Zorientowaliśmy się, że była to kobieta. Po chwili przyszedł mężczyzna i zaczęli rozmawiać.

Tadeusz znał niemiecki. Przekazał przyjacielowi treść rozmowy. Obcy rozmawiali o akcji. On mówił, że podpalili dom, ale pojawili się Rosjanie i wywiązała się strzelanina. O akcji przekazał meldunek do centrali.

Napięcie w Polakach rosło. Nie byli strachliwi, bo lata w partyzantce uodporniły ich. Byli jednak bez broni. Po cichu podeszli do drzwi gabinetu. Gdy Niemiec wszedł do gabinetu, rzucili się na niego. Kobieta zaczęła krzyczeć "Hilfe! Banditen!". Szybko poradzili sobie z nią i jej towarzyszem.

- To był mój pierwszy kontakt z Werwolfem, o czym jeszcze wówczas nie wiedziałem. Po wielu perypetiach udało się ściągnąć patrol rosyjski. Jan po prostu zaczął strzelać z odebranego Niemcowi parabellum. Pojawili się i zabrali parkę do siebie.

Żołnierze pytani, gdzie mieszczą się polskie władze, wskazali im czerwony budynek na drugim końcu miasta, przy Hakenterasse. W dzisiejszym gmachu Akademii Morskiej była komenda wojewódzka milicji.

Boże, coś Polskę

- Pytali co do tej pory robiliśmy. Przyznaliśmy się, że byliśmy w partyzantce, w Armii Krajowej. Zasugerowano nam, by się tym nie chwalić i zaproponowano służbę w milicji. Ówczesna komenda była pozbawiona ludzi. Wraz z nami było zaledwie kilkanaście osób.

11 maja Tadeusz dostał legitymację. Zaświadczała po polsku i rosyjsku, że jest milicjantem. Podpisał go kpt. Suchanek, dowódca grupy operacyjnej okręgu Pomorze Zachodnie, pierwszy komendant policji w Szczecinie. Skierowano ich do tworzonego pionu śledczego, którym dowodził por. Fortuński, oficer AK, późniejszy dyrektor stoczni.

- Pierwszy poranny apel nas zaskoczył, bo śpiewaliśmy na nim "Kiedy ranne wstają zorze" oraz "Boże coś Polskę" - wspomina. - Wkrótce Zaremba przywiózł ze sobą kilku milicjantów z Piły i wówczas nas stan zwiększył się do 20 chłopa.

Kazano im opuścić Szczecin

Porucznik Fortuński ostrzegł ich, że muszą się mieć na baczności nie tylko ze względu na obcych, ale również swoich. Zdarzały się przypadki, że milicjant dostawał kulkę od swojego.

- Werwolf podobno miał swoich ludzi wśród nas, a "nasi" składali się z różnych osób, bo brano prawie każdego, kto miał doświadczenie z bronią. Trudno było sprawdzić, skąd pochodzą, bo często padało stwierdzenie, że dokumenty w czasie wojny zostały zgubione, spalone, zabrane.

Wydział śledczy dostał za zadanie rozpracowanie wiarygodności milicjantów. Jak również przeniknięcia w szeregi Niemców. Część z nich nie chciała mieć niczego wspólnego z Werwolfem, bo mieli już dość wojny. Byli też volksdeutsche, podający się za byłych więźniów różnych obozów, którzy - jak się okazywało - współpracowali z Niemcami.

- Baliśmy się chodzić na akcje z obcymi, bo zawsze można było zarobić kulę w plecy - opowiada. - Dlatego zawsze brałem ze sobą Jana.

Pożary, strzelaniny potyczki z Werwolfem i szabrownikami oraz szarpaniny z rabującymi Rosjanami stały się codziennością. W maju dostali rozkaz opuszczenia Szczecina. Przeniesiono komendę do spokojniejszego Koszalina.

Basia, jego Mata Hari

Wkrótce i tu dał o sobie znać Werwolf. Zaczęły się podpalenia, pożary, a nawet napady w biały dzień na wojskowych, osadników i milicjantów. Zaczęły płonąć wsie wokół miasta. Jego wydział dostał rozkaz rozpracowania grupy Werwolfu. On sam "zaprzyjaźnienia się z Basią". Tak ją, jak i jej brata - milicjanta, jego szef podejrzewał, że są wtyczkami Werwolfu.

- Dziewczyna była więcej niż ładna, czuła, można było się zakochać - mówi. - Było mi głupio i nie byłem przekonany, że jest po drugiej stronie.

Pewnego razu w domu napadli na niego członkowie Werwolfu. Nagle pojawił się brat Basi z kolegą. Zaczęli strzelać. Niemcy uciekli.

- Uratował mi życie, tak wówczas myślałem, ale mój szef miał nosa. Zasugerował, że to była inscenizacja na moją cześć. Nie chciałem wierzyć, ale on był bardziej doświadczony ode mnie. Od tej chwili informowałem Basię, która była zawsze bardzo ciekawa o tym, gdzie wyruszamy na akcje. Wszystkie te informacje uzgadnialiśmy wcześniej z por. Fortuńskim.

Milicjanci zagrali scenkę na użytek podejrzanych. Na ulicy umundurowany patrol aresztował grupkę młodych ludzi za głośne zachowanie się pod wpływem alkoholu. Był wśród nich Tadeusz i jego Basia. Jego wypuszczono. Milicjant powiedział, że Basia pewnie piła bimber, który sama pędzi w domu. Trzeba więc zrobić rewizję w zajmowanej przez nią i brata willi.

- Przytuliła się do mnie zrozpaczona. Zaklinała na naszą miłość, bym uprzedził brata, by coś tam uprzątnął, bo ma kolegów w domu. Do tej chwili chciałem wierzyć, że jest czysta.

Powiedział, że zgadza się, ale jest noc i jej brat nie wpuści go do domu. Zdradziła mu hasło: "Kuzyn z miasta Łodzi".

Milicja po cichu okrążyła willę. Tadeusz wywołał brata Basi. Gdy stanął w drzwiach, został obezwładniony. Żołnierze wpadli do środka. Zaskoczyli obecnych. Znaleziono broń i radiostację. Wśród Niemców był jeden, który został postrzelony, gdy Werwolf przeprowadził atak na posterunek milicji w Koszalinie.

Wraca na zachód

Gdy Szczecin trzeci raz oddano Polakom, nie poznali miasta. Zostało obrabowane przez Rosjan.

Tadeusz po koszalińskiej akcji dostał awans na zastępcę komendanta w Świnoujściu. Przejmował miasto od Rosjan, wyznaczał granicę między Polską i Niemcami. Chciał nawet przyłączyć Ahlbeck, ale nie udało mu się.

- Milicjanci zachowywali się normalnie, ale nie wszyscy - wspomina. - Wojciechowski, mój szef był wspaniałym człowiekiem. Za to jego zastępca, Jan Zientara, to był zażarty komunista i wredny typ. Jak popił wołał do mnie: Ty skurwysynu z AK, twoje miejsce w Londynie.

Kiedy do Zientary miała przyjechać żona, wezwał Tadeusza i kazał przynieść mu złoto od Niemców.

- Powiedział: Niemry mają na paluchach obrączki. Ucinać im te paluchy.

Wraz z szefem poinformowali o sprawkach Zientary komendę wojewódzką milicji.

- Dostał osiem lat więzienia - mówi. - Co przy okazji śledztwa wyszło, tego nie wiem. Oficjalnie stwierdzono, że za nakłanianie milicjantów do bandytyzmu i popełniania przestępstw.

Po wielu latach IPN, na podstawie dokumentów sądu wojskowego w Szczecinie, odkrył, że w 1947 r. odbył się proces siedmiu funkcjonariuszy Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego i Komendy Powiatowej MO w Świnoujściu oskarżonych o zamordowanie siedmiu Niemców pod zarzutem udziału w Werwolfie.

Czy było to pokłosie śledztwa w sprawie Zientary, nie wiadomo.

Wideo

Komentarze 3

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

G
Gość
W dniu 08.03.2009 o 11:11, sikorowy napisał:

Werwolf istnial Panie Kolego, a dowody na to mozesz znalezc w wielu niemiecki publikacjach. Dla przykladu polecam "wspomnienia" Alberta Speera



Przeżywacie, jak mrówka ciążę.
A czym się różniła polska partyzantka od niemieckiego Werwolfu ? NICZYM, oprócz ideii w myśl, której walczyli.
s
sikorowy
Werwolf istnial Panie Kolego, a dowody na to mozesz znalezc w wielu niemiecki publikacjach. Dla przykladu polecam "wspomnienia" Alberta Speera
g
gość
Nie było żadnego Wehrwolfu! I mam nadzieję, że mnie za to stwierdzenie nie wsadzą. To wymysł ruskiej i "polskiej" propagandy mający uzasadnić represje wobec niemieckiej ludności zajętych terenów. Pod tym hasłem aresztowano, torturowano i mordowano niewinnych często ludzi. Rozmawiałem o tym kiedyś ze Ślązakami z opolskiego. Potem czytałem, że nie ma żadnego pisanego dowodu na istnienie tej organizacji. Ot były takie zamysły ale ich nie zrealizowano. I tyle. "Bohaterem" zaś powinna się zająć prokuratura lub IPN.
Dodaj ogłoszenie