MKTG SR - pasek na kartach artykułów

Paszport w PRL-u i jego uzyskanie - trudna sprawa

Krzysztof Piotrkowski
Władza w PRL, jak tylko mogła, utrudniała wyjazd rodakom za granicę, szczególnie do tak zwanych państw kapitalistycznych. Uzyskanie paszportu było drogą przez mękę i doskonałą kanwą iście barejowskiej komedii.

Podstępny sposób, w jaki Ryszard Ochódzki z "Misia" Stanisława Barei uzyskał paszport umożliwiający mu wyjazd do Londynu, wcale nie musiał być przesadzony. Otrzymanie paszportu normalną urzędową drogą dla zwykłych ludzi było nie lada wyzwaniem.

Swoje przygody "paszportowe" na łamach "Głosu Pomorza" z maja 1962 opowiedział roku pewien anonimowy mieszkaniec podsłupskiej miejscowości, który na zaproszenie rodziny mieszkającej we Francji miał spędzić wymarzony miesiąc w Paryżu.

"Trzeba odebrać paszport. W tym celu należy się czasowo wymeldować. Idę do Administracji Domów Mieszkalnych po druk. - Nie mamy druków - odpowiada kobieta. - Gdzie można je dostać? - pytam. - W miejskiej radzie.
Wpadam do miejskiej rady. Proszę o druk. Zdziwienie.
- Powinni mieć w administracji. - Nie mają - odpowiadam. - Co mnie to obchodzi. Powinni mieć - mówi kierownik referatu meldunkowego. - Ale nie mają, a ja muszę się wymeldować.

Po pięciu minutach wzajemnie wypowiadanych grzeczności, mam w ręku kawałeczek zadrukowanej kartki. Pędem do administracji. Kobieta przyjmuje druczek. - Nie ma podpisu głównego lokatora. Kto nim jest? - pyta. - Ja jestem głównym lokatorem. - No to pan nie może podpisać. Ale musi być podpis głównego lokatora. - No to ja podpiszę.

- Pan nie może podpisać. Musi być podpis głównego lokatora.
Chwytam długopis. Oddaję podpisany blankiecik. Kobieta zaniemówiła. - Czym pan to podpisał? - Tym - pokazuję długopis. - Długopisem nie można, trzeba piórem.

Na szczęście dziesięć zgromadzonych w administracji osób głosuje jednak za długopisem. Kobieta chowa druczek do szuflady, każe przyjść za tydzień i zaczyna czytać książkę. - Proszę pani, może mnie pani jednak załatwi. Paszport mam odebrać już, to ostatni termin.
- Przecież widzi pan, że nie mam rejestrów. Za tydzień.
- To może pojedzie pani ze mną do miejskiej rady po te rejestry.
- Za 20 minut kończę urzędowanie - mówi, ale po namowach wsiada do samochodu z wyraźną dezaprobatą. Miejska Rada Narodowa. Referat meldunkowy. Tłok. Czas płynie. Kobieta z administracji przywołuje kierownika.

- Po co pan jedzie? Na jak długo? Czy musi się pan wymeldować? Jestem grzeczny.
- Proszę pana, o tym decydują inni, proszę, żeby mnie pan wymeldował.
Po kilkunastu minutach wychodzi kobieta z administracji. Wręcza mi dowód osobisty. Otwieram dowód, ani śladu pieczątki. Wracam. - Nie mam pieczątki.

Na to kierownik. - Wystarczy, że na kartce jest pan wymeldowany. Pieczątki nie trzeba.
- Ale przecież nie wydadzą mi paszportu. Proszę dać pieczątkę.

Minęły 4 godziny. Mam pieczątkę. Jestem wymeldowany. Mam paszport. Jeszcze szczepienie przeciw ospie. To nic. Pojadę do Słupska do sanepidu. Przyjechałem. Staję przed lekarzem. - Pan chce się zaszczepić? - Tak, wymagają tego ode mnie.
- Proszę przyjść za kilka dni. - A czy można dzisiaj? Lekarz wychodzi. Telefonuje.
- Nie ma magazyniera, był rano, ale wyszedł - mówi.
- To może ja poczekam.

Jest magazynier! Nowy problem. W którą rękę szczepić. W prawą czy w lewą. Przepisy nie precyzują zbyt dokładnie. Dyskusja trwa, czas leci. Wreszcie nadstawiam rękę.

- Tak. My panu damy zaświadczenie, że pan się szczepił, jeśli po pięciu dniach zgłosi się pan do sanepidu w Koszalinie, a oni tam powiedzą, czy szczepienie się przyjęło. - A jak się nie przyjmie? - No to będziemy szczepić do skutku. Potrzeba jeszcze książeczki specjalnej szczepień. - A taką książeczkę szczepień w kilku językach może pan wyrobić sobie albo w Gdańsku, albo w Poznaniu."

Czytelnik pointuje: "chciałbym już umrzeć. Niewiele mi brakuje".

Tak działał ówczesny system. Nawet jeśli ktoś miał prawo wyjazdu za granicę, państwo tak skutecznie go zniechęcało, że następnym razem kilka razy się zastanowił, czy naprawdę warto załatwiać formalności. Niestety, nie wiemy, czy czytelnikowi o nieznanym nazwisku w końcu udało się pojechać do Paryża.

Trudności z otrzymaniem paszportu trwały aż do 1989 roku.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!
Wróć na gp24.pl Głos Pomorza