Stanisława Skwarlińska ze Słupska 25 lat żyje z przeszczepionym sercem

Zbigniew Marecki zbigniew.marecki@mediaregionalne.pl Zaktualizowano 
Pani Stanisława z prof. Religą. <br>
Pani Stanisława z prof. Religą. Archiwum domowe
- W maju minie 25 lat, odkąd żyję z przeszczepionym sercem. Nie wiem, czy to dużo - mówi Stanisława Skwarlińska ze Słupska.

Miała 28 lat, kiedy w 1976 roku, po urodzeniu dwóch córek, postanowiła wrócić do pracy zawodowej. W Koszalinie, gdzie wówczas mieszkała z mężem Januszem i dwiema córkami, poszła do lekarza po zaświadczenie potwierdzające, że może pracować.

- Nie podpiszę pani tego zaświadczenia, bo jest pani poważnie chora. Serce nie działa dobrze. Trzeba się leczyć i to szybko - powiedziała pani doktor.

Wtedy pani Stanisława zdała sobie sprawę, że zmęczenie, które odczuwała, gdy chodziła po domu albo podczas wchodzenia po schodach, może być spowodowane chorobą serca. Lekarze wysłali ją na specjalistyczne badania do Warszawy, gdzie stwierdzono, że dwie zastawki w jej sercu nie domykają się. ZUS nawet bez badań od razu przyznał jej drugą grupę inwalidzką. Ponieważ cały czas źle się czuła, wysłano ją na koronografię serca.

Nie mogła uwierzyć w swój los

- Na szczęście wieczorem przed tym zabiegiem, pani doktor postanowiła, że zrobi mi echo serca. Wtedy wyszło na jaw, że mam skrzep. Lekarka usadziła mnie w fotelu i powiedziała: "Dla pani nie ma życia. Musi pani usiąść i czekać na śmierć w cierpieniu. Innego wyjścia nie ma" - wspomina pani Stanisława.
Nie mogła uwierzyć, że taki czeka ją los, ale po przeprowadzce do Słupska w 1978 roku czuła się coraz gorzej. Już nie mogła wychodzić na dwór, a w 1982 roku dostała migotania przedsionków. - Moje serce uderzało nawet przeszło 160 razy na minutę. Niestety, lekarze nie potrafili sobie z nim poradzić, a ja męczyłam się coraz bardziej - relacjonuje pani Stanisława.

Na dodatek przybijała ją diagnoza, z której wynikało, że jej choroba ma charakter nabyty, bo zastawki się popsuły wskutek przebytych angin.

- Może byłoby inaczej, gdyby nie starszy lekarz z zakładowej przychodni w fabryce ozdób choinkowych, gdzie pracowałam jako młoda dziewczyna. Kiedy chodziłam do niego ze swoimi anginami, sugerował, że symuluję chorobę. W końcu wolałam przechodzić chorobę niż wysłuchiwać jego złośliwości. Gdyby był inny, to może i ja miałabym zdrowe serce? - zastanawia się pani Stanisława.

W desperacji wysłała list do profesora

Wtedy już jednak wiedziała, że prof. Zbigniew Religa w Zabrzu przeprowadza przeszczepy serca. Jej mąż pisał listy prośby o przyjęcie do szpitala w Ochojcu, gdzie badano osoby oczekujące na przeszczep.
- Choć moja przyjaciółka z Bielska Białej sugerowała, że tam się nigdy nie dostanę, bo nie będzie mnie stać na łapówkę, postanowiłam zaryzykować i napisałam bardzo osobisty list do prof. Religi, dołączając do niego kartę informacyjną z historią choroby - wspomina słupszczanka.
Po miesiącu przyszła odpowiedź. List był cienki.

- Pomyślałam, że skoro nie odesłał karty informacyjnej, to może mnie przyjmie. Rzeczywiście w środku znajdowało się zaproszenie na konsultację - dodaje pani Stanisława. W czerwcu 1987 roku pojechała z mężem do Zabrza, gdzie ją przyjął doktor Andrzej Bochenek, asystent prof. Religi.

- Wszystko będzie dobrze. Niech pani poczeka - usłyszała po chwili, a po kolejnych pięciu minutach już miała miejsce w szpitalu w Ochojcu. Tam leżała przez miesiąc. Lekarze ją podleczyli i wysłali do domu, aby czekała w kolejce na miejsce w szpitalu w Zabrzu. Dopiero w kwietniu 1988 roku, gdy już siedziała w wózku inwalidzkim, mąż znowu wymusił, aby ją zabrano do szpitala w Zabrzu. Zawieziono ją tam karetką pogotowia ratunkowego. Mimo to jeszcze przez miesiąc czekała na operację. Myślała, że będzie miała przeprowadzaną operację zastawek serca.

- Choć nikt mi tego nie powiedział, ja już czekałam na dawcę. Pamiętam, jak płakałam, bo myślałam, że nie doczekam operacji zastawek. W tym czasie ważyłam zaledwie 39 kilogramów - opowiada pani Stanisława.

Nowe serce biło spokojnie

Dopiero 22 maja 1988 roku dowiedziała się, że będzie miała przeszczep.
- Usłyszałam od prof. Religi: "Mamy dla pani serce. Musi pani zdecydować, czy godzi się pani na przeszczep. Operacja zastawek nie wchodzi w grę, bo szok by panią zabił" - opowiada pani Stanisława.

Nie zastanawiała się długo.

- Napisałam do pana, że chcę, aby mnie pan ratował, bo mam dla kogo żyć - odpowiedziała słupszczanka. Do tej pory nie żałuję, że wówczas nie rozmawiałam z mężem, bo pewnie by mi odradził tę operację. Gdy się po niej obudziła, poczuła, jak wolno bije jej serce. Nie mogła uwierzyć, że to jest zupełnie nowe serce. Dopiero po kilku godzinach lekarze powiedzieli jej, że dostała serce 25-letniego chłopaka, który zginął w wypadku drogowym, a jego matka postanowiła przekazać serce i nerki syna do przeszczepu.

- Nigdy jej nie poznałam, ale dotąd jestem jej wdzięczna za uratowanie mojego życia. Wiem, że interesowała się, czy operacja się udała - podkreśla pani Stanisława. Po czterech miesiącach wróciła do domu. Wtedy już nabrała siły i znacznie przytyła. - Tak się zmieniłam, że ludzie mnie nie rozpoznawali. Ale ja wreszcie mogłam normalnie funkcjonować, choć organizm próbował odrzucać nowe serce. Na szczęście leki, które muszę brać do końca życia, okazały się skuteczne - mówi pani Stanisława.

Znowu wróciła do pracy. Najpierw była pokojówką. Teraz pracuje w ochronie. Cieszy się każdą chwilą i ma nadzieję, że będzie żyła długo.

- Czas tak szybko mija, że nie wiem, czy 25 lat życia z przeszczepionym to długo. Za to wiem, że gdy ludzie godzą się na przeszczepy zdrowych organów zmarłych ich członków rodzin, to dobrze robią, bo dają szansę innym ludziom, którzy jeszcze mogą żyć - kończy rozmowę pani Stanisława.

Potem dwa-trzy razy w roku widywała profesora. W szpitalu czy na spotkaniach ludzi po przeszczepie.
- Pytał mnie, jak ja to robię, że zawsze jestem uśmiechnięta i młoda? Był bardzo zadowolony. Był zadowolony z wszystkich nas, których uratował - mówi pani Stanisława, która jako czterdziesta trzecia osoba przeszła w Polsce przeszczep serca.

polecane: Flesz - e-papieros zagraża zdrowiu

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze 4

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

G
Gość

W końcu fajny artykuł. Czytasz i ciśnienia nie podnosi.

G
Gość

Podobno i najprawdopodobniej z tą panią chodziłem do szkoły w suchej koszalińskiej a z jej mężem pracowałem w byłym SPB

G
Gość

Jak widać w życiu trzeba umieć liczyć TYLKO NA SIEBIE. Nasi DRODZY specjaliści umieją wyleczyć ze złudzeń i pieniędzy, a ratunku pacjent musi sam szukać w odległych miastach gdzie są duże ośrodki akademickie.

w
waldek

brawo brawo... trafila pani w dobe rece... bo pan prof. Religa byl od tego naprawde profesorem... zycze pani dlugich, zdrowych lat zycia...

Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3