MKTG SR - pasek na kartach artykułów

Tragedia w koszalińskim escape roomie w relacji strażaków

Joanna Krężelewska
Joanna Krężelewska
Miłosz S. zasłania swój wizerunek kominiarką, a jego bezpieczeństwa w sali rozpraw strzeże sześciu uzbrojonych w długą broń policjantów grupy kontrterrorystycznej.
Miłosz S. zasłania swój wizerunek kominiarką, a jego bezpieczeństwa w sali rozpraw strzeże sześciu uzbrojonych w długą broń policjantów grupy kontrterrorystycznej. Fot. Joanna Krężelewska
Co zdarzyło się 4 stycznia 2019 roku w escape roomie przy ul. Piłsudskiego 88 w Koszalinie? Czy przyczyną pożaru, w którym zginęło pięć nastolatek, była uszkodzona butla z gazem? Kolejny dzień procesu przyniósł sporo znaków zapytania.

W czwartek, 20 stycznia, w Sądzie Okręgowym w Koszalinie kontynuowany był proces w sprawie pożaru w escape roomie „To Nie Pokój”. Życie straciło w nim pięć 15-latek - Karolina, Julia, Wiktoria, Małgorzata i Amelia. Jedyne okno w pomieszczeniu, w którym zamknięto dziewczęta, było zabite deskami i okratowane. Nastolatki nie mogły wydostać się z obiektu – od wewnątrz w drzwiach nie było klamki. Zmarły z powodu zatrucia tlenkiem węgla.

Akt oskarżenia obejmuje cztery osoby. To Miłosz S., projektant escape roomu, Małgorzata W., babcia Miłosza S., która zarejestrowała działalność, Beata W., jego matka, która współprowadziła lokal i pracownik Radosław D. Wszyscy odpowiadają za umyślne stworzenie niebezpieczeństwa wybuchu pożaru i nieumyślne doprowadzenie do śmierci pięciu osób za co grozi do 8 lat pozbawienia wolności.

Od wtorku zeznania w sprawie składają strażacy. 24-letni Bartosz B., ratownik z Jednostki Ratowniczo Gaśniczej nr 1 w Koszalinie, był w pierwszej załodze, która dotarła na miejsce. Na sali rozpraw przyznał, że znał Radosława D., pracownika escape roomu. Przez rok razem studiowali. Zapewnił jednak, że po zdarzeniu nie miał z nim kontaktu.

Kontrowersje wzbudziły rozbieżności w zeznaniach strażaka. Składał je 5 stycznia dzień po tragedii, 14 lutego podczas wizji lokalnej oraz w czwartek w sądzie.

- Dlaczego w pierwszych zeznaniach nie powiedział pan, że jedna z butli z gazem syczała, była nieszczelna, a pan dokręcał jej zawór? – zapytał mecenas Wiesław Breliński.

- To istotne, bo na tych zeznaniach budowany jest akt oskarżenia i opinie biegłych. Rozbieżności są poważne, bo zeznając 5 stycznia świadek nie słyszał i nie czuł, by z zaworu butli ulatniał się gaz. Druga też nie była uszkodzona mechanicznie. Ale już 14 lutego odgłosy pan słyszał i czuł zapach. - Być może była otwarta, być może zamknięta. Podczas pożaru są różne odgłosy. Nie jestem w stanie określić, czy odgłos pochodził od butli – sprostował Bartosz B. - Czy cokolwiek świadczyło o tym, że któraś z butli była połączona z piecykiem? - Można się tak domyślać. Butla leżała koło piecyka.

Starszy ratownik w JRG nr 1 w Koszalinie 44-letni Piotr H. również przyjechał na miejsce pożaru pierwszym pojazdem. - Była to trudna akcja. Dziś pamiętam tylko migawki – zaznaczył. - Z okna wychodził porządny ogień. Chciałem pobiec na tył budynku. Pomyślałem, że może z tyłu ktoś wyszedł. Zobaczyłem wtedy, że nie dam rady tego szybko zrobić, bo jest przeszkoda. Wróciłem do miejsca, gdzie się paliło. Był tam G., drugi dowódca. Powiedziałem mu, że pójdę zobaczyć z drugiej strony budynku. Wtedy jakaś pani krzyknęła, że tam nie ma okien.

- Kto dowodził działaniami ratowniczymi, bowiem zgodnie z zapisami ustawy na miejscu akcji jest zawsze jeden dowódca? – zapytał Adam Pietras, tata zmarłej Wiktorii. - Był nim Arek B. Chodziło mi o to, że G. jako wyższy rangą, mógł mi wydawać polecenia.

Mecenas Krzysztof Kaszubski wskazał, że podczas wizji lokalnej Piotr H. powtarzał frazę, że polecenia wydawał „któryś z dowódców”. - To ilu ich było? – doprecyzował. - Dwóch. To znaczy na akcji jest jeden dowódca. Ale w jednostce czterech – odpowiedział strażak. - To o kogo chodziło? - O G. Potocznie mówiłem, że jest moim dowódcą, bo był zastępcą Arka B., kierownika działań ratowniczych.

Mecenas Kaszubski wskazał na fakty, które strażak podniósł dopiero w sądzie, czyli przeszkodę, która uniemożliwiła mu sprawdzenie zaplecza budynku. H. nie umiał tego wyjaśnić.

Adam Pietras, oskarżyciel posiłkowy, chciał ustalić, dlaczego w pierwszej kolejności nie użyto linii szybkiego natarcia, tylko węży W52, które służą do budowy linii gaśniczych od rozdzielacza do prądownicy, do czego wymagana jest dodatkowa aktywność.
- To nie jest pytanie do mnie. Była to decyzja dowodzącego – odpowiedział strażak.

- Czy akcja została przeprowadzona dobrze? Czy dziś przeprowadziłby pan tak samo? – zapytał Artur Barabas.

- Pracuję od 15 lat. Zawsze jestem pierwszy na miejscu zdarzenia. Parę osób w swoim życiu uratowałem, ale akcje są gorsze i lepsze. I co ja mam dziś powiedzieć. Zginęło pięć dziewcząt, które chcieliśmy uratować. Chciałbym pracować szybciej i lepiej, ale choć bardzo chcieliśmy, nie udało nam się. Nasi przełożeni oceniają, że akcję prowadziliśmy poprawnie – podsumował Piotr H.

Na kolejnych terminach rozpraw zeznawać będą pozostali uczestnicy działań ratunkowych. Przypomnijmy, wątek dotyczący przebiegu samej akcji ratunkowej – ocenę działań służb medycznych i straży pożarnej – prokuratura wyłączyła do odrębnego postępowanie. Śledztwo wciąż trwa.

emisja bez ograniczeń wiekowych
Wideo

Szczyt NATO. Ogromne wsparcie dla Ukrainy

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Polecane oferty

Materiały promocyjne partnera

Materiał oryginalny: Tragedia w koszalińskim escape roomie w relacji strażaków - Głos Koszaliński

Wróć na gp24.pl Głos Pomorza