Zawód kat. Spalenie kobiety na stosie było warte pół krowy

Moro redakcja@mediaregionalne.pl
Zawód kat. Spalenie kobiety na stosie było warte pół krowy.
Zawód kat. Spalenie kobiety na stosie było warte pół krowy. sxc.hu
Komornik sądowy ścinający głowy, wymuszający torturami zeznania, na co dzień zbierający z ulic Słupska, Lęborka albo Bytowa padlinę? Dziś to nie do pomyślenia. Ale w dawnych wiekach...

Taka jest geneza zawodu: komornicy pod względem rodowodu profesji pochodzą od katów, podobnie jak chirurdzy. Kaci byli związani z sądem. Jedna z niemieckich nazw tego zawodu: "scharfrichter" oznaczała sędziego, który po procesach wykonywał wyroki. W miastach, w których działały sądy miejskie, kat formalnie był miejskim funkcjonariuszem, wykonującym także inne czynności: sądowe, jakimi były egzekucje od kary śmierci po drobne kary cielesne i torturowanie aresztowanych w celu uzyskania od nich zeznań, i komunalno-sanitarne: sprzątanie miasta z padliny, wyłapywanie bezdomnych zwierząt, wyławianie topielców, odcinanie powieszonych samobójców itp. Za to kat dostawał od miasta wynagrodzenie. Część szła do podziału między katowskich pomocników, zwanych hyclami albo rakarzami. Oni zajmowali się wyłapywaniem bezpańskich psów, ale pomagali też katowi przy torturach i egzekucjach.

Katostwo było fachem, który wymagał określonej wiedzy - przede wszystkim o anatomii człowieka, fizjologii i systemie nerwowym, bo chodziło o profesjonalne zadawanie bólu. Kto umiał ból zadawać, umiał go uśmierzyć. Niektórzy kaci potrafili leczyć choroby i produkować lekarstwa, w tym maści z ludzkiego tłuszczu. W 1600 roku powodem wielkiego skandalu w pewnym zachodniopomorskim miasteczku było to, że tamtejszy pastor oddał miejscowemu katu do leczenia swoją żonę, a po sukcesie terapii - także swoje dziecko.

W czasach oświecenia, gdy w wielu państwach ograniczono tortury i egzekucje, przez co spadło zapotrzebowanie na katów, wielu przebranżowiło się na chirurgów. Do XIX wiek ta specjalność nie cieszyła się prestiżem, jak zawód "normalnego" lekarza.

Słupscy, lęborscy i bytowscy kaci też dorabiali. Z samego uśmiercania skazańców nie dałoby się wyżyć. W burzliwym czasie od 1600 do 1650 roku, a więc w czasie wojny 30-letniej, w Słupsku wykonano "tylko" 34 wyroki śmierci, a więc jeden przypadał średnio co półtora roku. W Bytowie i w Lęborku zapewne jeszcze mniej. Znamy cennik usług katowskich z tego okresu: za ścięcie czy za zadanie śmierci przy pomocy łamania kołem, kat otrzymywał florena i 32 szelągi. Najwięcej - po 2,24, płacono za ćwiartowanie skazańca albo za spalenie go na stosie. Przesłuchanie z zastosowaniem tortur kosztowało miasto pół florena. Dla porównania: owca albo świnia kosztowały wówczas około 1 florena, krowa - 4 floreny, a koń - około 30.

Jedno spalenie na stosie kobiety skazanej za czary było więc warte pół krowy, ale nasz region był prowincją, w której "niewiele się działo" i przez pół wieku kat w Słupsku zarobiłby egzekucjami zaledwie na jednego konia. Zawód, mimo związanych z nim okropieństw i braku prestiżu, był jednak finansowo dość atrakcyjny. Kat jako szef hyclów i rakarzy miał wyłączność na swoim terenie i oprócz stawek "od dzieła" dostawał wynagrodzenie stałe, niejako etatowe: w Słupsku raz na rok cztery świnie, 50 kg worek żyta oraz 6 florenów na ubranie, jedzenie i picie. Kosztowali miasta na tyle dużo, że próbowały na nich oszczędzać.

W 1734 roku Hans Christian Haessling, gospodarz słupskiej szubienicy przy drodze ze Słupska do Ustki, na terenie dzisiejszego Fimalu, zbuntował się przeciwko zamiarom słupskich rajców, by zmniejszyć mu wynagrodzenie, np. za wywóz padłego bydła z miasta z 12 do 2 groszy.
W związku z konfliktem kat sporządził rachunek należności, jakie winna mu spłacić słupska rada miejska, oddał w nim klimat Słupska sprzed 270 lat. "Za wyciągnięcie z rzeki ciała nadzorcy żebraków, który się utopił: 2 talary - wylicza słupski kat. - Za kobietę, która na rozkaz rady została wychłostana, postawiona pod pręgierzem i przepędzona z powiatu: 5 talarów. Hyclowi za pomoc przy tym: 12 groszy. Temuż za wyłowienie z rzeki zdechłego psa: 4 grosze. I jeszcze za kobietę, która dwukrotnie została postawiona pod pręgierzem i wychłostana: 10 talarów".

Ciekawą pozycją w rachunku był "pokaz narzędzi tortur". Przed przesłuchaniem. Kosztował 5 talarów, ale chyba był skuteczny, skoro same tortury okazały się zbędne... Podobne konflikty wybuchały w innych miastach, m.in. w Bytowie, gdzie pierwszy znany z nazwiska kat Johann Martin Fischer, wzmiankowany jest w aktach z 1732 r. Wówczas to miasto zgodziło się, aby użytkował łąki za swoim domem pod warunkiem, że obniży opłaty za egzekucje o połowę. Rzecz w skali państwa kazał uregulować w końcu Fryderyk II. Odtąd za wykonanie wyroku śmierci kat brał 5 talarów, za tortury: 2 talary i 12 groszy, a za wygonienie banity z miasta 16 groszy (równowartość ok. 0,5 talara). Za talara można było wtedy mieć dwie flaszki wina, a za 100- przeżyć rok.

Nazwiska innych katów bytowskich z XVIII i początku XIX wieku: Bockenhaeuser, Ziltz, Hering, Paehlke. Co ciekawe, w posiadaniu rodziny Paehlke rakarnia w Bytowie znajdowała się jeszcze w latach 30. minionego wieku. Paehlkowie nie musieli już wówczas nikogo zabijać, bo w XIX w. wykonywanie wyroków śmierci przeniesiono do więzień o wyższym statusie. Mieszkańców regionu tracono w Goleniowie.

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

G
Gość

Ciekawy artykuł szkoda że odgrzewany... Był publikowany 27.01.2011r....

Dodaj ogłoszenie