Leszek Miller: - Solidarność nas zdradziła

    Leszek Miller: - Solidarność nas zdradziła

    Henryka Bednarska, Gazeta Lubuska

    Głos Pomorza

    Aktualizacja:

    Głos Pomorza

    Leszek Miller. Ma 62 lata. Działacz PZPR, lider SLD, dziś Polskiej Lewicy. Premier w latach 2001-2004, poseł od 1991 do 2005 r. Żona Aleksandra, syn

    Leszek Miller. Ma 62 lata. Działacz PZPR, lider SLD, dziś Polskiej Lewicy. Premier w latach 2001-2004, poseł od 1991 do 2005 r. Żona Aleksandra, syn Leszek.

    Rozmowa z Leszkiem Millerem, byłym premierem.
    Leszek Miller. Ma 62 lata. Działacz PZPR, lider SLD, dziś Polskiej Lewicy. Premier w latach 2001-2004, poseł od 1991 do 2005 r. Żona Aleksandra, syn

    Leszek Miller. Ma 62 lata. Działacz PZPR, lider SLD, dziś Polskiej Lewicy. Premier w latach 2001-2004, poseł od 1991 do 2005 r. Żona Aleksandra, syn Leszek.

    - Czy dostawał pan drgawek na dźwięk słowa Solidarność? Gen. Kiszczak powiedział niedawno, że członkowie PZPR reagowali tak jeszcze w 1988 r.
    - Nie, to przesada. Tuż przed stanem wojennym albo po nim może tak rzeczywiście było. Ale po ośmiu latach od pojawienia się Solidarności już nikt nie dostawał drgawek. Tym bardziej, że w tym czasie Solidarność nie była wielką siłą. To było wspomnienie o Solidarności.

    - Kto wymyślił rozmowy z opozycją? Jedni mówią, że Kiszczak, inni, że Jaruzelski.
    - Pierwszeństwo należy się Kiszczakowi. On z racji swojej funkcji spotykał się z działaczami opozycji, tymi umiarkowanymi. Od niego wyszedł pomysł Okrągłego Stołu.

    - Dlaczego partyjna góra chciała rozmów?
    - Coraz bardziej oczywiste było, że gospodarka socjalistyczna nie wygra z rynkiem. W Polsce trzeba było spróbować czegoś innego, może nie gospodarki rynkowej, ale większej decentralizacji. To miały być bolesne reformy i jeśli opozycja tylko by je kontestowała, łatwo wywołałaby kolejną falę strajków. Pojawiła się więc myśl, by rozsądną część opozycji zaangażować w proces podejmowania decyzji i odpowiedzialności. Poza tym zmieniał się Związek Radziecki, Gorbaczow proponował swoje reformy, no i nie istniała groźba interwencji ZSRR.

    - Czy na rozmowy z opozycją musieliście mieć zgodę Moskwy?
    - Nie wiem. Jeśli ktoś się konsultował, to pewnie Jaruzelski. Ale myślę, że nie, bo Gorbaczow był zajęty swoimi problemami.

    - Nie wszyscy członkowie partii chcieli rozmów z opozycją. Żeby ich przekonać, zwołano X Plenum Komitetu Centralnego. Co tam się działo?
    - Wtedy byłem już sekretarzem KC. W czasie pierwszej przerwy Jaruzelski poprosił nas do sąsiedniego pomieszczenia i stwierdził, że powinniśmy postawić sprawę jasno: albo linia porozumienia z opozycją będzie przyjęta, albo wszyscy powinniśmy podać się do dymisji. Zgodzili się z nim wszyscy obecni, całe kierownictwo.

    - Ostatecznie doszło do Okrągłego Stołu. Stanął pan przy nim i co zobaczył?
    - Żeby tam wejść, najpierw musiałem przejść przez Krakowskie Przedmieście. Stał tam tłum, sądząc po okrzykach, czekający na Wałęsę. On spóźnił się 10-15 minut, żeby nie było wątpliwości, kto tu jest ważny. Ja byłem ciekaw Zbigniewa Bujaka, Michnika i Kuronia. Bujaka, bo kończyliśmy to samo technikum elektryczne w Żyrardowie. Kuroń, Michnik zaś to były symbole z piekła rodem...

    Miller opowiada

    Miller opowiada


    - Telewizja miała obowiązek prezentowania Solidarności i strony rządowej w tym samym wymiarze czasu. Ludzie Solidarności spodziewali się, że ktoś będzie ich oszukiwał, więc mierzyli czas stoperami. Jak 15 minut, to 15 minut. Za ich dostęp do telewizji odpowiadał Ciosek. Podchodzi do niego Michnik i mówi, że powinien mieć więcej czasu, bo się jąka. Na to Ciosek: - Niech się pan nie martwi, my to panu wytniemy. A Michnik: - Ale jak to wytniecie, to kto mnie wtedy pozna?



    ... nie chcieliście ich przy Stole.
    - Z tego powodu nawet obrady zawisły w powietrzu, bo na nich nie chcieli się zgodzić Jaruzelski z Kiszczakiem. Uważali, że tego partia już nie wytrzyma. Zastanawiałem się więc, czy wokół Kuronia i Michnika roztaczał się będzie diabelski urok, ale zobaczyłem dwóch normalnych facetów w garniturach. Stereotypy, po obu stronach, normalizowały się z biegiem czasu. Pod koniec rozmów panowała już o wiele lepsza atmosfera niż na początku.

    - A kto wymyślił wódkę, dziś oglądaną na filmach z tamtego czasu?
    - Wódka była w Magdalence, gdzie spotykały się różne grupy negocjacyjne. Przy Okrągłym Stole nie pito. Cóż, goście nie przynoszą ze sobą wódki, gospodarzem spotkań w Magdalence była strona partyjno-rządowa. To była willa MSW, czyli gen. Kiszczaka. Mamy więc odpowiedź. A wracając do pierwszego dnia obrad: nieprawdziwe są opinie, że wszyscy wiedzieli, dokąd zmierzają rozmowy. Tam było dużo mgły, ona opadała powoli. Wiedzieliśmy, że trzeba coś zacząć, a później się zobaczy.

    - Niedawno gen. Kiszczak powiedział, że na początku obrad Okrągłego Stołu Władysław Siła-Nowicki poprosił o uczczenie minutą ciszy zabitych w styczniu związanych z Solidarnością księży Niedzielaka i Suchowolca. Byliście zaskoczeni?
    - Absolutnie, tego nie było w scenariuszu. Dla jasności: Siła-Nowicki reprezentował stronę rządową, nagle wstał, powiedział parę słów i wezwał do minuty ciszy. Wszyscy odruchowo wstali, później usiedli i zaczęli się zastanawiać, co to było. Zdecydował element zaskoczenia.

    - O co najbardziej kłóciliście się w czasie rozmów?
    - Przy Okrągłym Stole spotkaliśmy się dwa razy, bo wszystkie rozmowy toczyły się w podzespołach. Razem z Andrzejem Celińskim byliśmy przewodniczącymi zespołu ds. młodzieży, jedynym, który nie podpisał końcowego porozumienia, bo nie mogliśmy się dogadać w sprawach wychowania młodzieży. Na początku rozmów Solidarność nie miała wielkich wymagań, chciała zyskać legalizację i dostęp do mediów. Ale jak się zje pierwsze danie, chce się drugie. No i spieraliśmy się o wszystko, np. o urząd prezydenta. Dla nas było jasne, że prezydentem będzie Jaruzelski, trzeba więc zapisać mu jak największe kompetencje. Solidarności z tych samych powodów zależało na jak najmniejszych.

    - W rozmowach zawsze uczestniczyli duchowni. Nie denerwowało to członków PZPR?
    - To był warunek Solidarności. Oni nam do końca nie wierzyli, chcieli mieć świadków, którzy powiedzą, jaka jest prawda. To było dziwne, bo po co tam Kościół? Ale chcieli, więc mieli.

    - Czy mieliście przed Okrągłym Stołem ustaloną koncepcję wyborów?
    - Nie, została wypracowana w trakcie obrad. Strona rządowa miała mieć w Sejmie 65 proc, 35 proc. - solidarnościowa. Przez cztery lata PZPR miała rządzić w koalicji z ZSL i SD. Dopiero później planowano w pełni wolne wybory. Ale gdy w Senacie zwyciężyła Solidarność, Wałęsa z Kaczyńskimi przekonali ZSL i SD, żeby odwrócić koalicję. Tak powstał rząd Mazowieckiego.

    - Ten ruch był dla was zaskoczeniem?
    - Uznawany był za zdradę. Odwrócenie koalicji to było pierwsze złamanie umów okrągłostołowych. I stało się to ze strony Solidarności, ZSL i SD. Dalej odstępstwem od tych ustaleń był wybór prezydenta w głosowaniu powszechnym, a nie - jak zapisano - przez Zgromadzenie Narodowe. Złamanie umów to także reformy Balcerowicza.

    - Słowo zdrada do dziś pada w obozie Solidarności, podkreślana np. przez Walentynowicz i Gwiazdów. Okazuje się, że u was też tak twierdzono.
    - Tak. W ciągu czterech miesięcy - od kwietnia, gdy skończył się Okrągły Stół, do sierpnia, kiedy powstał rząd Mazowieckiego - z porozumienia zostały strzępy. Zasady złamała Solidarność, ZSL i SD, czyli Wałęsa, Jóźwiak i Malinowski.

    - Czy gdy Kiszczakowi po 4 czerwca nie udało się utworzyć rządu, pojawiła się pokusa unieważnienia wyborów?
    - Pojawił się pomysł unieważnienia, był strach przed zamachem wojska, MSW. W grudniu 1989 r., gdy działał już rząd Mazowieckiego, spotkałem się z Wałęsą w Łańsku. Byłem wówczas człowiekiem numer dwa w partii, zastępcą Rakowskiego. On przyjechał z Lechem Kaczyńskim i Borusewiczem. Rozmawialiśmy kilka godzin. Wałęsę interesowało głównie to, jakie są nastroje w MSW. Był zaniepokojony, chciał się dowiedzieć, czy wykluczamy przewrót.

    - Pan chciał unieważnienia wyborów?
    - Nie, uważałem, że to niemożliwe. Na drugi dzień po wyborach, 5 czerwca, zaprosił mnie na rozmowę Rakowski. Byli Kwaśniewski, Sekuła. Nosy mieliśmy na kwintę, wybory przegrane, Senat w rękach Solidarności. Zastanawialiśmy się, co dalej. Ktoś powiedział wtedy, że trzeba rozwiązać PZPR. Wszyscy zamilkli, przestraszyli się tego. To wydawało się obrazoburcze. Ale wtedy uświadomiłem sobie, że wszystkie instytucje, które służyły autorytatywnemu państwu, w demokracji nie mają racji bytu.

    - Czy kiedykolwiek żałował pan, że usiadł przy Okrągłym Stole?
    - Jestem wdzięczny losowi, że to mnie spotkało. To jedno z najważniejszych wydarzeń w naszej historii, wszystko inne, jak obalenie muru berlińskiego, było konsekwencją Okrągłego Stołu. Bez niego nie byłoby pokojowej rewolucji w Europie Wschodniej. Ale Niemcy wykorzystają swoje wydarzenie i pokażą je całemu światu. Nasz prezydent i premier nie robią nic. Dlaczego? Bo nie byli pierwszoplanowymi postaciami przy Okrągłym Stole.

    - Czy pan, członek PZPR, uważa, że dobrze się stało, iż doszło do Okrągłego Stołu?
    - Tak, patrząc z perspektywy 20 lat. Socjalizm pogrążał się pod swoim ciężarem, gospodarka nie była w stanie spełnić oczekiwań społecznych. To ciekawe z punktu widzenia marksistowskiego: PZPR, klasa robotnicza, obaliła ustrój, w którym miała być hegemonem. Nikt nie bronił tego ustroju. Nie było barykad, krwi, po prostu poszliśmy do urn.

    Czytaj treści premium w Głosie Pomorza Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze (4)

    Dodaj komentarz
    Wszystkie komentarze (4) forum.gp24.pl

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    GP24 PLUS POLECAMY

    Wideo