Na pierwszej linii frontu walki z epidemią. Co dzieje się za zamkniętymi drzwiami szpitala zakaźnego w Gdańsku?

Dorota Abramowicz
Dorota Abramowicz

Wideo

Zobacz galerię (8 zdjęć)
"Mamy wspólny cel. Jaki? W sytuacji, gdy jest zagrożenie, naszym celem jest, by nie rozniosło się ono na pozostałych mieszkańców Trójmiasta" - mówi jedna z pielęgniarek z zakaźnego. "Nasze pielęgniarki też mają odciski od masek i okularów na twarzach. Niestety, muszą one dobrze przylegać, by stanowiły zabezpieczenie. Zostawiają więc ślady na skórze. Szczególnie, że te skóry nie są najmłodsze" - dodaje. Tak wygląda walka z epidemią koronawirusa na Pomorzu. O trudach, poświęceniu, obawach i misji opowiadają pracownicy zakaźnego szpitala w Gdańsku.

Piątek, 27 marca

Pod szpital zakaźny przy ulicy Smoluchowskiego w Gdańsku podjeżdżają kolejne samochody. Przed wejściem czekają ludzie, by wykonać testy potwierdzające lub wykluczające zakażenie. Od czasu do czasu pojawia się karetka z chorym w poważniejszym stanie.

W izbie przyjęć na pacjentów czekają pielęgniarki ubrane w kombinezony, rękawiczki, ochraniacze na buty, maski i gogle. Po zmierzeniu temperatury, zbadaniu saturacji, czyli nasycenia tlenem hemoglobiny krwi obwodowej, i zebraniu wywiadu, zejdzie do nich - w równie kosmicznym stroju - lekarz.

Wtedy zapadnie decyzja o pobraniu, lub nie, próbek do testów na koronawirusa i ewentualnym zatrzymaniu w Pomorskim Centrum Chorób Zakaźnych i Gruźlicy.

Na pierwszej linii frontu walki z epidemią...

Niewielki gdański szpital, zatrudniający łącznie około 300 osób, znalazł się dziś na pierwszej linii frontu walki z epidemią. Dzięki pomocy lekarzy, pielęgniarek i jednego z wolontariuszy możemy dziś jako jedyni pokazać jego wnętrze i bardzo ciężko pracujących ludzi, od których zależy przetrwanie wielu z nas.

Zdjęcie włoskiej pielęgniarki po kilkunastogodzinnym dyżurze, pokazującej siniaki na twarzy po zdjęciu maski obiegło świat.

Nasze pielęgniarki też mają odciski od masek i okularów na twarzach - mówi Małgorzata Sobania, pielęgniarka epidemiologiczna z 38-letnim stażem pracy w szpitalu zakaźnym przy ul. Smoluchowskiego we Wrzeszczu. - Niestety, muszą one dobrze przylegać, by stanowić zabezpieczenie. Zostawiają więc ślady na skórze, szczególnie że te skóry nie są najmłodsze. Średnia wieku pielęgniarek jest u nas taka sama, jak w całym kraju - powyżej 45 lat.

W izbie przyjęć szpitala jednocześnie pracują trzy pielęgniarki. Zmiana trwa 12 godzin.

Katarzyna Gajda, oddziałowa izby przyjęć (37 lat w zawodzie) mówi, że muszą bez przerwy działać w ogromnym stresie.

- Staramy się to ogarniać na wszystkich frontach - przyznaje. - Nie jest łatwo. Przyjmujemy pacjentów, dzwonią trzy telefony, które odbierają przeszkoleni studenci medycyny. Każdy kontakt z pacjentem odbywa się zgodnie z procedurą. Mamy zgodnie z zaleceniem WHO - maski FFP-3, fartuchy barierowe, ochraniacze na buty, rękawiczki, gogle lub przyłbicę, kombinezony, wszystkie środki ochrony osobistej. Zmieniamy je tyle razy, ile trzeba. Staramy się, by jak najmniej osób z personelu kontaktowało się z pacjentami.

Pacjenci napływają falami. O każdej porze dnia i nocy. W ostatnich dniach jest ich co najmniej 70 na dobę.

Namioty, rozstawione przed szpitalem dla oczekujących na badanie stoją praktycznie puste. Ludzie boją się zakażenia, wolą poczekać przed wejściem na izbę przyjęć lub w samochodzie. Czasem przed szpitalem oczekuje nawet 20 osób.

- Namioty nie są najlepszym rozwiązaniem, chociaż umieszczono w nich łóżka w większej odległości - przyznaje Małgorzata Sobania. - Ponadto wchodzą do nich bezdomni i zanieczyszczają wnętrze. Dlatego oczekujemy na zainstalowanie przenośnych izolatek, w których pacjenci mogliby przebywać pojedynczo.

W piątek po południu przed szpitalem zostały ustawione dwa kontenery.

Nie było możliwości, by zrobić w nich izolatki, ale są bardziej przyjazne, można podłączyć komórkę do prądu, mają więcej światła, bo mają okna. Od poniedziałku będą otwarte dla pacjentów

- deklaruje Małgorzata Pisarewicz, rzeczniczka Szpitali Pomorskich.

Czytaj także

Współczujemy, ale nic nie możemy zrobić

Ci, którzy liczyli, że od razu zostaną przebadani, przeżywają rozczarowanie. Potem niektórzy napiszą na portalach społecznościowych, że musieli czekać nawet pięć godzin.

To nie jest takie proste - tłumaczą pielęgniarki. - Lekarz musi się ubrać, zbadać pacjenta, rozebrać, zadzwonić do Państwowej Inspekcji Sanitarnej. To trwa ok. 40 minut.

Samo rozbieranie się z kombinezonu tak, by nie doszło do zakażenia, jest sztuką. Jeśli prosi się drugą osobę o pomoc, to również ta osoba musi się zabezpieczyć. Rozebrać się można jedynie w specjalnej śluzie. Małgorzata Sobania, pielęgniarka epidemiologiczna, jeszcze w ubiegłym roku prowadziła szkolenia dla personelu, jak bezpiecznie korzystać z kombinezonów. W tym roku przeszkoliła już 100 lekarzy i pielęgniarek z innych placówek, przygotowanych do przyjścia szpitalowi z pomocą.

Kombinezony są na wagę złota, więc do ćwiczeń wykorzystywali tylko jeden egzemplarz.

- Na izbie pracuje 2-3 lekarzy, ale mamy tylko cztery boksy, więc nie ma gdzie zbadać większej liczby chorych - dodają pielęgniarki. - W dodatku obowiązuje segregacja - gdy przyjeżdżają karetki z poważniej chorymi, kolejka się przesuwa. Lekarz nie ma czasu na odpoczynek, przemieszcza się od pacjenta do pacjenta. Wiemy, że irytujące jest czekać kilka godzin na lekarza. Tu każdy źle się czuje, do tego dochodzi niepokój. Współczujemy pacjentom, ale nic więcej nie możemy zrobić.

Powinni przyjeżdżać do nas jedynie ci, którzy mają realne wskazania - dr Marek Prusakowski, ordynator oddziału obserwacyjnego ma zmęczony głos. - Powiatowe sanepidy przysyłają do nas wszystkich, jak leci, o każdej porze dnia i nocy, przez co ludzie koczują pod szpitalem w namiotach lub izbie przyjęć.

Moi rozmówcy sugerują, że konieczne jest szybkie szukanie innych rozwiązań, by nie sparaliżować pracy szpitala.

- Dlaczego wszystkich wysyła się do nas, zamiast np. zorganizować mobilny punkt poboru próbek w domach pacjentów? - zastanawia się jedna z pielęgniarek. - Taka odpowiednio zabezpieczona karetka mogłaby ograniczyć podróżowanie potencjalnych nosicieli koronawirusa.

testy na koronawirusa na Pomorzu

Jest nerwowo. "Strach ludzi zostaje u nas"

Bywa, że wśród oczekujących pacjentów niepokój zmienia się w agresję. Padają wyzwiska, ciężkie słowa. Niezadowolenie skupia się głównie na pielęgniarkach. Od jednej z nich słyszę, że marzy o testach kasetkowych, może mniej czułych, niż wykonywane w laboratorium WSSE, ale za to szybszych i pozwalających na przesiew pacjentów. Minister zdrowia obiecał takie testy szpitalom zakaźnym już kilka dni temu. Jednak żaden do tej pory nie trafił do Gdańska. Jest więc nerwowo.

Czuje się stan zagrożenia - mówi Małgorzata Sobania. - Trzeba w tej sytuacji wyciszyć ludzi i personel. Przemęczony i sfrustrowany. Pacjenci nie są mili, bo się boją. Strach ludzi zostaje u nas.

Frustrację odczuwają także ci, którzy próbują dodzwonić się do szpitala. Ludzie chcą rozmawiać z medykiem. A medyka nie ma, bo każdy jest zajęty pacjentami. Pomagają więc studenci medycyny.

- Czasem ludzie dzwonią i opowiadają historię życia - słyszę. - Skarżą się, że muszą pracować i nie mogą siedzieć na kwarantannie. Zwierzają się z problemów rodzinnych. Dzwonili wcześniej do sanepidu, a tam odesłali ich do nas.

Nerwy nikomu nie pomagają. W pracy na pierwszej linii frontu zdarza się popełnić błąd. Tak było kilka dni temu z pobraniem opłat za darmowe badania od nieubezpieczonej kobiety. Ktoś czegoś nie dopatrzył. Przeprosili, pieniądze zostaną zwrócone.

- Poza tym żadnych skarg od osób oczekujących na badania nie było - twierdzi Małgorzata Pisarewicz.

Na barki pracowników szpitala spadają jeszcze sprawy natury społecznej i bytowej. Wcześniej był problem z karetkami, które przywoziły ludzi na badania, czasem z odległych miejscowości, zostawiały ich w szpitalu i odjeżdżały. Jeśli pacjent po pobraniu próbek nie był w stanie kwalifikującym go do pobytu w szpitalu, zostawał sam w obcym mieście. Czasem nocą i trzeba było zapewnić mu nocleg.

Jest też problem z bezdomnymi. Noclegownie są nieczynne, nie ma ich gdzie odesłać. Podobnie jak Ukraińców. Na test muszą czekać, a osoby, u których wynajęli pokój w hostelu nie pozwalają im wracać. Kwarantanna domowa została nakazana, ale oni nie mają domu.

- Powinniśmy się zająć chorymi ludźmi, a nie tymi wszystkimi sprawami - słyszę w szpitalu.

Zasuwają, bo mają poczucie misji

Stresuje też oczekiwanie na testy. Na początku epidemii wyniki przychodziły w dniu pobrania próbek. Teraz okres oczekiwania wydłużył się do 5-7 dni. Lekarze mają związane ręce.

- Mamy pacjenta, który trafił do nas 20 marca, a dopiero w czwartek 26 marca dostał wynik - mówi Marek Prusakowski, ordynator oddziału obserwacyjnego w szpitala. - Okazało się, że badanie trzeba było powtórzyć. Ale i tak traktujemy go jako osobę z niewydolnością oddechową w przebiegu ostrej infekcji koronawirusem. Obecnie na oddziale znajduje się 19 pacjentów w różnym stanie, od dobrego po niewydolność oddechową, z których żaden nie otrzymał jeszcze wyniku testu. A zrobienie testu trwa cztery godziny. Myślę, że tak długa kolejka to skutek zarzucenia laboratorium próbkami pobranymi od pracowników służby zdrowia.

Z drugiej strony jest to zrozumiałe, ponieważ dłuższe oczekiwanie na badania kadry medycznej i pozostawienie jej w kwarantannie powoduje paraliż całych oddziałów szpitalnych, w tym ratunkowych, co też jest ryzykiem dla innych grup pacjentów.

Formalnie praca lekarza-zakaźnika powinna trwać osiem godzin. Plus ewentualne dyżury.
- Koleżanka, która skończyła dyżur o godzinie 8 rano i powinna była wrócić do domu, siedziała jeszcze do godziny 12. Nie jest to zgodne z przepisami, ale musiała - mówi dr Prusakowski.

Czytaj także

Lekarzy zakaźników brakuje w całym kraju, nie tylko w Gdańsku. Praca jest nisko płatna, lekarz nie ma szans na założenie prywatnego gabinetu, więc nie było chętnych na specjalizację. Teraz tych niewielu, których jeszcze mamy, obciąża się dodatkowymi obowiązkami.

- Sanepid wojewódzki wymyślił, że lekarz izby przyjęć oprócz zajmowania się 70-80 osobami trafiającymi w ciągu doby do szpitala, ma jeszcze oglądać pacjentów z kwarantanny - twierdzi ordynator. - Dlaczego? Musi decydować, czy poprawili się czy nie i czy mogą iść do domu. Niedługo stanie się tak, że na papierze będzie pięknie, tylko nie będzie miał kto pracować.

Mimo problemów nadal pracują. Małgorzata Pisarewicz z szacunkiem mówi, że w szpitalu zakaźnym jest bardzo dobry, doświadczony zespół, złożony z ludzi, którzy od kilkudziesięciu lat zmagali się ze zwalczaniem chorób zakaźnych.

Mam opisać swój dzień? - Małgorzata Sobania zawiesza głos. - Cały dzień myślę o koronawirusie. Rozważam różne rzeczy. Zaczęło się to już pod koniec stycznia. Miałam niepokój, czułam, że epidemia będzie nieunikniona. I wszystko zaczyna się spełniać. Zdaję sobie sprawę, że ludzie siedzący teraz w domach mogą być przerażeni. A my? Pocieszam się, że w szpitalu udało się stworzyć świetny zespół, zintegrowany, złożony z dobrych specjalistów. To daje mi komfort pracy. Współpracownicy dzwonią w pilnych sprawach o każdej porze dnia i nocy. Mamy wspólny cel. Jaki? W sytuacji, gdy jest zagrożenie, naszym celem jest, by nie rozniosło się ono na pozostałych mieszkańców Trójmiasta.

Pielęgniarka epidemiologiczna dodaje, że szacunek należy się nie tylko personelowi medycznemu.
- Osoby załatwiające zaopatrzenie zasługują na mistrzostwo świata. Sprzęt, z którego korzystamy, zdobywamy ciężką pracą. Musi być atestowany, bezpieczny, dobrej jakości. Służby będące zapleczem szpitala też pracują bardzo ciężko - mówi.

Marek Prusakowski: - Jesteśmy zorganizowani maksymalnie, biorąc pod uwagę sytuację i warunki. Podziwiam koleżanki i kolegów. Inni specjaliści rzuciliby to wszystko w diabły i poszli do domu. A oni, podpierając się nosami, łącznie z moim kolegą z izby przyjęć, który jest już w dobrym wieku emerytalnym, zasuwają, bo mają w sobie poczucie misji.

Aż łza się kręci. Dzięki ludziom dobrej woli, jest lżej

Na szczęście wielu z nas widzi ich misję i poświęcenie.

- Czy możecie podziękować ludziom dobrej woli? - pyta Katarzyna Gajda. - Dzięki nim jest lżej i przyjemniej. Dostarczają ciepłe posiłki, maseczki szyją, piszą liściki, wysyłają serduszka, materiały biurowe. Dzwonią i pytają, czego potrzeba. Czasem aż łza się kręci w oku.

Formą podziękowania może być też wolontariat. Jakub Popławski ma 36 lat i jest człowiekiem wielu zawodów i umiejętności. Zajmuje się fotografią i wideofilmowaniem nieruchomości. Uprawia crossfit i jest trenerem. Współpracuje z fundacją Onkocafe, robi zdjęcia do kalendarzy charytatywnych. W połowie marca znajoma Jakuba wrzuciła na Facebooka pytanie, czy ktoś mógłby coś przewieźć dla szpitala zakaźnego. Potrzebny był kierowca do transportu łóżek, potem człowiek do pomocy strażakowi, potem znów trzeba było coś dowieźć.

- Ludzi jest mało, każdy jest bardzo zajęty, więc wolontariat stał się w tej sytuacji rozwiązaniem - mówi Jakub, który w piątek pomógł rozładować 50 łóżek i przewoził je na oddziały, opuszczone przez pacjentów ZOL i oddziału gruźlicy.

Nie bał się? Mówi, że o siebie się nie boi, ma mocny organizm, przetrzyma

Bardziej już obawia się przywleczenia wirusa do domu, gdzie czeka żona. Żona każe zostawiać buty na zewnątrz, zachować środki ostrożności. Poza tym Jakub nosi rękawiczki, środki dezynfekcji są na oddziałach. Udało mu się pokonać odruch drapania swędzącego nosa. Znajomym się nie chwali tym, co robi.

- Każdy lekarz jest narażony bardziej ode mnie - stwierdza krótko. - Pielęgniarki pracują kilkanaście godzin. Usłyszałem, że niektórym odebrano połączenia autokarowe z miejscowości poza Gdańskiem. Nie mają jak wrócić. To wpływa na ich życie. Ale też dowiedziałem się, że w jednej z tych miejscowości ksiądz proboszcz zadeklarował, że będzie wozić pielęgniarkę z pracy, by mogła trochę czasu spędzić w domu, zregenerować się, wyspać. Podróż wcześniej zajmowała jej trzy godziny.

Czy w tej sytuacji może namawiać inne osoby na wolontariat w zakaźnym?
- Jeśli ktoś pracuje w domu i ma dużo czasu, to tak - odpowiada. - To dobra okazja, by siebie sprawdzić. W kryzysowych sytuacjach są ważniejsze rzeczy niż własny komfort i spokój.

ważne rozmowy

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

K
Kain

31 marca, 1:38, Noemi:

W Szpitalu Miejskim w Sosnowcu zamknięto pacjentów i personel na kwarantannie!!! Ze strzępków informacji jakie napływają ze szpitala wylania się obraz chaotycznej organizacji, dramatycznego braku sprzętu ochronnego, nieprzemyślanych działań, dezinformacji oraz braku kontaktu z personelem i pacjentami ze strony kierownictwa szpitala.

Od soboty zamknięto pacjentów i personel oddziału wewnętrznego Szpitala Miejskiego (na ulicy Zegadłowicza) na obowiązkowej kwarantannie. Z informacji jakie posiadamy wynika, że wcześniej były podejrzenia, że jedna z pielęgniarek oddziału zachorowała na koronawirusa. W sobotę rano część personelu otrzymała polecenie służbowe, aby natychmiast stawić się na oddział. Nikt z wezwanych nie został poinformowany w jakiej sprawie ma przyjechać, ale w momencie wejścia na oddział, każda z osób dostała zakaz wychodzenia ze szpitala. Personel razem z pacjentami ma odbyć kwarantannę. Z tym, że personel na kwarantannie ma za zadanie opiekować się także pacjentami.

Osoby, które miały potencjalnie kontakt z zakażoną osoba nie tylko podróżowały komunikacja publiczna, aby dotrzeć do szpitala, ale same - będąc potencjalnie zainfekowane koronawirusem - musza opiekować się schorowanymi pacjentami. Bez sprzętu ochronnego i bez możliwości zmiany. Spia i pracują na tym samym oddziale. Nikt nie wykonał testów na obecność koronawirusa ani u personelu, ani u pacjentów.

Jak powiedziała mi jedna z pielęgniarek: 'Wszystkie jesteśmy na granicy wytrzymałości fizycznej i psychicznej. Od soboty nie przestajemy pracować. Czujemy się jakbyśmy zostały tu podstępnie zwabione i uwiezione razem z pacjentami. Śpimy zaledwie po kilka godzin dziennie, bo jest nas tu tyle, ile byłoby na normalnym dyżurze. Nie bardzo wiadomo według jakiego klucza nas tu zamknięto. Nikt nie wykonał ani na nas, ani na pacjentach, żadnego testu na obecność koronowirusa. Nikt nas nie poinformował, dlaczego tu jesteśmy i dlaczego właśnie my. Cześć z nas została tu wcześniej oddelegowana z innego oddziału i innego szpitala. Nikt tez nie poinformował nas, co będzie, gdy kolejne z nas będą wykazywać objawy zakażenia albo jeśli zaczniemy słabnąc z wyczerpania'.

W uzasadnieniu zastosowanej kwarantanny prezes szpitala powołał się podobno na zarządzenie wojewody. Próbowaliśmy zapoznać się z tym zarzadzaniem, ale niestety nikt nie omieszkał go zamieścić na stronie internetowej Salskiego Urzędu Wojewódzkiego. Nikt z dyrekcji szpitala nie raczył porozmawiać z personelem i z pacjentami poddanymi kwarantannie. Niestety cala ta sytuacja wygląda na bardzo chaotyczna próbę walki z koronawirusem. I to tym bardziej chaotyczna, że naraża się chore osoby na kontakt z dodatkowym niebezpieczeństwem.

To jest tylko preludium do planowanego zniewolenia ludzi...

Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3