Przyszedłem podziękować za to, coście dobrego uczynili. Wojenna tułaczka przyszłego Prymasa Tysiąclecia

Bogdan Nowak
Bogdan Nowak
Beatyfikacja kardynała Stefana Wyszyńskiego odbędzie się 12 września 2021 r, w warszawskiej świątyni Opatrzności Bożej, wraz z beatyfikacją Róży Czackiej. Poinformował o tym niedawno kard. Kazimierz Nycz, metropolita warszawski. W imieniu papieża Franciszka uroczystości będzie przewodniczyć kard. Marcello Semeraro, prefekt Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych. Warto podkreślić, że Prymas Tysiąclecia miał także liczne związki z Lubelszczyzną. Są one wyjątkowe.

„Widzieliśmy tysiące poległych żołnierzy, przeżyliśmy śmierć olbrzymów, dyktatorów, autokratów, jednowładców. Rządy zmieniały się w oczach naszych jak liście na drzewach… Czyż może nam coś imponować? Przestaliśmy się bać luf karabinów i armat. Człowiek uzbrojony nie budzi w nas ani lęku, ani szacunku — notował kardynał Stefan Wyszyński 1 sierpnia 1954 r., w swoich „Zapiskach więziennych”. „Co więcej bardziej bohaterski wydaje się nam być człowiek bezbronny niż uzbrojony. Śmiesznie wygląda żołnierz z bronią, gdyż człowiek, którego zawodową cnotą ma być męstwo, powinien wystąpić do walki z gołymi rękoma, jak Dawid (…)”.

Takie słowa musiały wynikać z gorzkich doświadczeń wojennych wielkiego kardynała. Jednak w życiorysie ks. Stefana Wyszyńskiego okres jego pobytu na Lubelszczyźnie w latach 1940-1942 jest chyba najmniej znany, notowany w sposób najbardziej ogólny. Warto o nim przypomnieć.

Daleko od utwardzonych traktów

Stanisławkę (gm. Sitno, pow. zamojski) zawsze uważano za wieś bezpieczną i spokojną. Według spisu z 1921 r. stało tam 69 domów, w których mieszkało 525 osób. Wśród tych mieszkańców zarejestrowano 14 obywateli pochodzenia żydowskiego oraz jednego Ukraińca. Miejscowość leży w obrębie Działów Grabowieckich, jest górzysta, malownicza. Nigdy nie odbywał się tam handel na wielką skalę. Nie wybudowano zatem solidnych, utwardzonych traktów, przez które przetaczałyby się armie kolejnych najeźdźców. To miało swoje konsekwencje.

Podczas II wojny światowej Stanisławka nie została przez Niemców wysiedlona, choć taki los spotkał mieszkańców pobliskiego Sitna, Skierbieszowa oraz prawie 300 innych miejscowości na Zamojszczyźnie. Powodów było wiele. Jak tłumaczą okoliczni mieszkańcy, wieś jeszcze podczas wojny otaczały potężne lasy, do których niechętnie zapuszczali się niemieccy okupanci (po wojnie funkcjonariusze NKWD i UB nie mieli z tym kłopotu). Także z tego powodu tereny nie były atrakcyjne dla niemieckich kolonistów. Inni mieszkańcy tych okolic twierdzą jednak, że wysiedlenia wsi nie przeprowadzono, bo Niemcom po prostu zabrakło już na to czasu.

Wykorzystała to Armia Krajowa. W okolicach Stanisławki działały leśne oddziały dowodzone m.in. przez por. Piotra Złomańca ps. „Podlaski”. Partyznanci chronili miejscową ludność jak mogli, np. wystawiając wokół wsi specjalne czujki. Również dlatego Stanisławka stała się dogodnym schronieniem dla osób poszukiwanych przez Niemców lub uciekinierów z innych rejonów okupowanego kraju. Najsłynniejszym z nich był Stefan Wyszyński, późniejszy prymas Polski.

Jak do tej wioski trafił? Przed wybuchem II wojny światowej ks. Stefan Wyszyński był wykładowcą w Seminarium Duchownym we Włocławku. W październiku 1939 r. wyjechał do rodzinnego Wrociszewa, bo jego działalnością zaczęli interesować się Niemcy. Musiał się ukrywać. Tak zaczęła się jego wojenna tułaczka. Od listopada 1941 r. do czerwca 1942 r. przebywał w Kozłówce w woj. lubelskim. Tam pisał, pracował z młodzieżą, odprawiał nabożeństwa i wygłaszał kazania. Wspominał ten czas ks. Michał Słowikowski, ówczesny proboszcz parafii w Kamionce (jego relacja znalazła się w książce pod redakcją Anny Rastawickiej iBronisława Piaseckiego pt. „Czas nigdy go nie oddali”).

„Wpadałem często do Kozłówki do Ks. Kapelana. Podziwiałem jego czytanie między wierszami pism niemieckich (…). Tymczasem pracował duszpastersko w tym zamkniętym świecie” – czytamy we wspomnieniach ks. Słowikowskiego. „Siostry z Lasek przywiozły pewną ilość swoich podopiecznych, z którymi modlił się, mówił do nich pogadanki religijne, gromadził młodzież rezydencką, dla starszych wykładał naukę społeczną Kościoła”.

Po pewnym czasie przyszły kardynał przeniósł się do majątku Żułów w pow. krasnostawskim. Tak ową decyzję tłumaczy ks. Słowikowski. „Niedługo po wybuchu wojny (Niemców) z Sowietami, ks. Wyszyński opuścił Kozłówkę. A wyjechał dlatego, że – jak przypuszczam – nie czuł się dobrze w atmosferze pałacowej”.

Miałem nakazane, aby mówić wujek

W Żułowie ks. Wyszyński nadal opiekował się niewidomą młodzieżą. Zapamiętano, że wówczas „chodził ubrany po cywilnemu, nosił długą szarą marynarkę i wyróżniał się wysokim wzrostem”. Nosił przy sobie brewiarz i często widywano go „zatopionego w modlitwie”. Wiadomo również, że ks. Wyszyński pracował w tym czasie nad „Studium prawa kanonicznego i nauk społecznych dla sióstr zakonnych”. Przez jakiś czas ukrywał się także u rodziny Szafranów w Podwysokiem oraz u rodziny Wojtasiuków w Marcinówce (gm. Skierbieszów).

„Ksiądz Stefan Wyszyński ukrywał się w naszym domu przez okres dwóch tygodni. Mój ojciec, Aleksander Wojtasiuk mówił do księdza szwagier, ja miałem nakazane, aby mówić wujek (...)” – wspominał po wojnie Bolesław Wojtasiuk. „Zapamiętałem księdza jako bardzo spostrzegawczego człowieka, który umiał poznać się na człowieku, zamieniając z nim tylko kilka słów”.

Nie tylko tam podczas wojny ks. Wyszyński szukał schronienia. Skąd o tym wiadomo? W maju 1948 r. już jako biskup wizytował parafię w Horyszowie Polskim (gm. Sitno). Wówczas z jego rąk sakrament bierzmowania przyjęło aż 1,3 tys. młodych wiernych. W skład owej parafii wchodziła także Stanisławka. Biskup odwiedził również tę miejscowość. Zapamiętano, że wjechał do wsi w towarzystwie specjalnej konnej asysty tzw. banderii, złożonej z okolicznych mężczyzn. Przyjęto go przy pięknie udekorowanej bramie powitalnej. Tak o tym wydarzeniu w 2000 r. opowiadała Genowefa Sztafij ze Stanisławki na łamach czasopisma „Niedziela zamojsko-lubaczowska”.

„Na początku wsi powitano go chlebem i solą. Powitalne przemówienie miał Roman Kapica ze Stanisławki” – wspominała pani Genowefa. „Po powitaniach wszedł do mieszkania Nowosadów (Apolonii i Józefa – przyp. red.), u których prawdopodobnie ukrywał się w czasie wojny. Wszyscy byli zainteresowani po co Ksiądz Biskup tam wstępował? Potem cała procesja ludzi z Księdzem Biskupem przeszła do (miejscowej) kaplicy (...) Mieszkańcy Stanisławki poprosili Księdza Biskupa, aby nadał odpust i ks. bp. Wyszyński nadał odpust na 8 maja – św. Stanisława”.

Jeszcze podczas owej wizyty w Stanisławce wyszła na jaw ukrywana przez kilka lat tajemnica.

Ksiądz za drewnianym płotem

– Przyszedłem wam podziękować za to, coście mi dobrego uczynili. Ja tu w czasie wojny się ukrywałem – powiedział do rodziny Nowosadów oraz przedstawicieli miejscowej społeczności ks. biskup Wyszyński. Jak się okazało, przyszły kardynał Polski znalazł schronienie także u rodziny Nowosadów. Przybył tam z leśniczówki w pobliskiej miejscowości Rozdoły. Jak ustalił Krzysztof Czubara, nieżyjący już historyk i dziennikarz z Zamościa, ks. Wyszyński posługiwał się wówczas „okupacyjnym nazwiskiem” – Zazulski. „To prawdopodobnie w Stanisławce (kontrolowanej przez leśne oddziały – przyp. red.) wystawiono mu nowe, fałszywe dokumenty i zmieniono okupacyjne nazwisko” – notował w jednym ze swoich tekstów Krzysztof Czubara.

Ks. Wyszyński ukrywał się w gospodarstwie Nowosadów kilkanaście dni. Spał w jednej z drewnianych stodół. Ten budynek już nie istnieje. - Gospodarstwo rodziny Nowosadów niczym się nie wyróżniało. Był tam niewielki dom i kilka budynków gospodarskich – wspomina 82-letni Franciszek (nazwisko do wiadomości redakcji), który pochodzi ze Stanisławki. - Pamiętam jednak z czasów dzieciństwa, że stał tam wysoki, zbity z desek płot. Nie było zza niego widać co się dzieje na podwórku u Nowosadów. Może o to chodziło? Można się było za tym parkanem schronić. Być może był to jeden z powodów, dla których to miejsce zostało wybrane na schronienie dla księdza.

– W marcu (2016 r.) był w naszej miejscowości ks. Marian Rojek, biskup Diecezji Zamojsko-Lubaczowskiej. Pytał mieszkańców o ks. Wyszyńskiego i miejsce, gdzie się on podczas wojny ukrywał - opowiadał przed kilkoma laty Tomasz Gąsior ze Stanisławki. - Jakiś czas temu stanął nawet we wsi pomnik z tablicą pamiątkową, a w kaplicy umieściliśmy wizerunek Prymasa Tysiąclecia. Podczas wojny ukrywali się w naszej wsi także inni ludzie. Z tego, co starsi opowiadali, byli to m.in. mieszkańcy Iłowca, którzy uciekli przed niemieckimi wysiedleniami.

Wiadomo, że ks. Wyszyński wraz z grupą partyzantów powędrował ze Stanisławski do Bończy w powiecie krasnostawskim. W czerwcu 1942 roku znalazł się w Laskach, gdzie został kapelanem Zakładu dla Niewidomych. Podczas Powstania Warszawskiego działał pod pseudonimem „Radwan III”. Pełnił m.in. funkcję kapelana AK w grupie „Kampinos”. Po zakończeniu wojny powrócił do Włocławka, gdzie ponownie organizował Seminarium Duchowne. 19 marca 1945 r. mianowano go jego rektorem.

To był początek jego wspaniałej, kościelnej kariery. Biskupem diecezji lubelskiej ks. Stefan Wyszyński został ogłoszony 4 marca 1946 r. Być może w ten sposób podkreślono jego liczne związki z tym regionem. 12 maja 1946 r. otrzymał sakrę biskupią w kaplicy Cudownego Obrazu w Częstochowie, a 26 maja odbył się jego ingres w lubelskiej Archikatedrze św. Jana Chrzciciela i św. Jana Ewangelisty. W ceremonii uczestniczyło wówczas blisko 50 tys. wiernych!

Co was tu sprowadza?

To była zapewne jedna z najważniejszych uroczystości w historii miasta. Orszak z nowym biskupem wjechał do Lublina o poranku – 26 maja. Zatrzymał się przed miejscowym kościołem garnizonowym pw. Niepokalanego Poczęcia NMP. Tam ks. biskup odprawił mszę. Potem orszak wyruszył pod gmach Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, gdzie ks. Wyszyński m.in. ukończył studia doktoranckie: dotyczące prawa kanonicznego oraz nauk społecznych (pracę doktorską pt. „Prawo Kościoła do szkoły” obronił w 1929 r), po wojnie pomagał w odtworzeniu KUL, a potem m.in. prowadził tam wykłady.

Przed uczelnią zorganizowano uroczyste powitanie. W samo południe nowy biskup lubelski dotarł natomiast do Archikatedry. Tam przemawiał do uczestników uroczystości. „Gdy patrzę na was w tej chwili, jak w stłoczonej, zwartej gromadzie stoicie w murach tej świątyni, gdy wspomnę na to, co przed chwilą przeżyliśmy na ulicach miasta, gdy widzę przed ołtarzem przedstawicieli władz państwowych, wojskowych, szkolnych, samorządowych, gdy widzę te zastępy ludzi pracy (…) serce moje i myśli poruszane są pytaniem – co was tu sprowadza?” (…) - mówił nowy biskup do zgromadzonych. „Was tu przywiodła jakaś niewypowiedziana tęsknota za czymś innym, czymś lepszym od codzienności (…). Was przywiodła głęboka wiara i miłość. Nie do mej nieudolnej osoby!”.

Po mszy procesja udała się do „domu biskupiego” (przy dzisiejszej ul. Prymasa Wyszyńskiego 2), bo… nowy ks. biskup nie lubił podobno wyrażenia „pałac biskupi”. Mieszkał w tym budynku w latach 1946-1949. Wierni pamiętają także o innych miejscach, które były związane z tą wybitną postacią. W Lublinie jest ich wiele. To m.in. kościół akademicki (przy Al. Racławickich 14), kościół Wniebowzięcia NMP Zwycięskiej (ul. Narutowicza), Kościół pw. Świętego Ducha (ul. Krakowskie Przedmieście) czy Kościół pw. św. Piotra (Królewska 9).

Nie zawsze jednak posługa nowego biskupa była łatwa. Można wysnuć taki wniosek np. na podstawie protokołu wizytacyjnego, który biskup Wyszyński sporządził po odwiedzinach w Horyszowie Polskim (był w tej miejscowości dwa razy: 11 maja i 24 lipca 1948 r.). Pisał m.in. o wielowyznaniowym charakterze wschodniej części diecezji. „Ludność mieszana regionalnie, z wielką domieszką przesiedleńców z ziem polskich za Bugiem, tworzy wielką rozmaitość społeczną, psychiczną i moralną” – czytamy w tym dokumencie. „Wskutek tego praca religijna jest trudna, gdyż lud zabużański jest na ogół słabo uświadomiony religijnie, chociaż przywiązany do Kościoła. Znać tu pewien relatywizm wyznaniowy, owoc obcowań z prawosławiem”.

Nowy biskup swoich wiernych poznał bardzo dobrze. Zawsze darzył ich szacunkiem. Z wzajemnością. Gdy 22 maja 1948 r. wizytował Skierbieszów, zobaczył tam aż dwie bramy powitalne! W konnej banderii, która mu towarzyszyła, zebrało się 300 okolicznych mieszkańców. Przy jednej z owych bram przywitał orszak biskupi Leopold Jezierski, miejscowy poeta ludowy, przy drugiej – Stanisław Suwała, szanowany obywatel. Ten ostatni wygłosił przemowę, którą na długo zapamiętano.

„Witają cię Arcypasterzu niedobitki Hitlera ocalałe z obozów (m.in. przejściowego w Zamościu, do którego wysiedlono w 1942 r. mieszkańców tej miejscowości – przyp. red.)” – miał wówczas powiedzieć.

W protokole wizytacyjnym ks. bp. Wyszyński podkreślił, że powitanie miało charakter podniosły. Natomiast w Zamościu przebywał w dniach 14-16 czerwca 1946 r. (była to jego pierwsza biskupia podróż), 28 marca 1947 r. (przewodniczył wówczas mszy, po pogrzebie ks. infułata Wincentego Hartmana) oraz m.in. 15 marca 1947 r. Czasami towarzyszyli mu inni dostojnicy. 8 sierpnia 1971 r. ks. Wyszyński przybył do Zamościa już jako prymas. Wówczas towarzyszył mu kard. Karol Wojtyła. Obaj odwiedzili to miasto, jak czytamy w zapiskach, „przy okazji nawiedzenia parafii przez Matkę Bożą w znakach świecy i ewangelii”.

Co jednak spowodowało, że biskup, a potem kardynał Stefan Wyszyński zdobył zaszczytne miano Prymasa Tysiąclecia?

Niespotykany spokój

W połowie listopada 1948 r. papież Pius XII mianował biskupa Stefana Wyszyńskiego arcybiskupem, metropolitą gnieźnieńskim i warszawskim. Tym samym stał się on prymasem Polski. Taka była także wola Augusta Hlonda, poprzedniego prymasa naszego kraju, którą wyraził w liście do Piusa XII. Kolejny ingres ks. Stefana Wyszyńskiego odbył się zatem w Gnieźnie - 2 lutego 1949 r. Już wtedy nowy prymas spotkał się z szykanami ze strony komunistycznych władz. Samochód w którym jechał na ingres wielokrotnie zatrzymywały milicyjne patrole. Duchownego legitymowano, kontrolowano, a podobno nawet szykanowano.

25 września 1953 r. doszło do aresztowania kardynała Wyszyńskiego. Był przetrzymywany w Rywałdzie, Stoczku Klasztornym, Prudniku, a potem przebywał w odosobnieniu w klasztorze sióstr nazaretanek w Komańczy (do 26 października 1956 r.). Nie poddawał się naciskom. O tym bardzo ważnym okresie życia prymasa także możemy przeczytać w jego „Zapiskach więziennych”. Dowiadujemy się również z jakimi wyzwaniami duchowymi musiał się borykać.

„Brak męstwa jest dla biskupa początkiem klęski. Czy jeszcze może być apostołem? Przecież istotne dla apostoła jest świadectwo Prawdzie! A ta zawsze wymaga męstwa” – pisał kardynał Wyszyński w „Zapiskach więziennych” pod datą 4 października 1956 r. „Przyszłość należy do odważnych, którzy ufają i działają z mocą” – mówił Pius XII – nie do bojaźliwych i niezdecydowanych. Przyszłość należy do tych, którzy miłują, a nie do tych, którzy nienawidzą”.

A dalej zanotował: „Posłannictwo Kościoła na tym świecie jeszcze jest dalekie od wypełnienia; wymaga więc nowych doświadczeń i nowych poczynań”.

28 października 1956 r. kardynał Stefan Wyszyński powrócił do Warszawy. Znów działał z wielką energią. Udało mu się doprowadzić do tzw. małego porozumienia z władzami, które było korzystne dla kościoła. Uchylono wówczas m.in. dekret o obsadzaniu stanowisk kościelnych, umożliwiono biskupom powrót na ziemie północne i zachodnie PRL, a do szkoły powróciły lekcje religii. Prymas był jednak cały czas pod czujną obserwacją Urzędu Bezpieczeństwa, a potem Służby Bezpieczeństwa. Otaczała go sieć tajnych współpracowników „bezpieki”. Przez wiele lat był też podsłuchiwany.

Nie uległ naciskom. Sprawiał też władzom kłopoty. W 1965 r. prymas był m.in. jednym z inicjatorów listu – zwanego także orędziem - 34 biskupów polskich do niemieckich. Zawarte tam słowa „Przebaczamy i prosimy o wybaczenie” przebiły się do publicznej świadomości. I rozwścieczyły komunistyczne władze.

Zasługi Prymasa Tysiąclecia trudno zliczyć. W połowie marca 1981 r. rozpoznano jednak u niego chorobę nowotworową. Szybko przyszło to, czego najbardziej się obawiano. „28 maja 1981 r. o ósmej dwadzieścia, zbudził mnie telefon: dzwonił brat Longin z Jasnej Góry. „W nocy o godz. 4.40 umarł kardynał Wyszyński. Trumna z ciałem jest wystawiona w rezydencji na Miodowej (w Warszawie)” – krzyknął w słuchawkę. Byłem więc jednym z pierwszych dziennikarzy, którzy pojawili się tego ranka na miejscu (...)” – notował Chris Niedenthal, w książce pt. „Zawód fotograf. Ciąg dalszy nastąpił”. „Zakonnice klęczały w ciszy, podchodziły dyskretnie do trumny i ją całowały (…). W swoim archiwum mam jeszcze jeden dokument tamtych czasów. Odbył się pogrzeb kardynała, ale na nim byli już wszyscy, filmowali go i fotografowali. Był piękny”.

A tak ostatnie chwile wielkiego kardynała wspominała siostra zakonna Józefa Kozieł, szarytka:

„28 maja 1981 r. we wczesnych godzinach rannych dopaliło się do końca piękne życie Prymasa Tysiąclecia” – czytamy w jej wspomnieniach. „Tyle lat jestem pielęgniarką, tylu chorym towarzyszyłam w ostatniej chwili życia, ale tu doświadczyłam niespotykanego spokoju, wielkiego majestatu śmierci. A może to było samo życie, które spełniło się w Bogu? Poza oknami wschodził świt dnia Wniebowstąpienia Pańskiego”.

Znak czasu

Prymas Tysiąclecia stał się symbolem niezależności katolickiego Kościoła. Zostało to docenione w sposób szczególny. Jego beatyfikacja odbędzie się 12 września 2021 r, w warszawskiej świątyni Opatrzności Bożej, wraz z beatyfikacją siostry Róży Czackiej, filantropki, opiekunki niewidomych oraz m.in. założycielki Zgromadzenia Sióstr Franciszkanek Służebnic Krzyża.

W imieniu papieża Franciszka uroczystości będzie przewodniczył kard. Marcello Semeraro, prefekt Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych, legat papieski. Liturgię będzie koncelebrowało 600 księży, 80 biskupów z Polski oraz 45 biskupów z zagranicy.

– Beatyfikacja kardynała Stefana Wyszyńskiego i Matki Elżbiety Róży Czackiej to znak czasu – podkreślał pod koniec sierpnia, podczas specjalnej konferencji prasowej kardynał Kazimierz Nycz. – Polska, Kościół w naszej ojczyźnie, potrzebują nowych orędowników.

W uroczystościach odbywających się w warszawskiej świątyni weźmie udział siedem tysięcy osób. Ceremonia będzie także transmitowana przez publiczną telewizję oraz w mediach społecznościowych archidiecezji warszawskiej. Na pewno ze wzruszeniem obejrzą ją mieszkańcy Stanisławki, Podwysokiego, Marcinówki czy Żółowa. Oni także mają swoje cegiełki w podwalinach tej beatyfikacji.

Szczepienia w szkołach wciąż za mało popularne

Wideo

Materiał oryginalny: Przyszedłem podziękować za to, coście dobrego uczynili. Wojenna tułaczka przyszłego Prymasa Tysiąclecia - Kurier Lubelski

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

G
Gość
Panie Nowak: liczne związki z Lubelszczyznę, a gdzie owa Lubelszczyzna jest!!
Dodaj ogłoszenie