Coraz więcej inwestorów chce budować farmy wiatrowe na Bałtyku. Najwięcej stumetrowych kolosów może wyrosnąć na Ławicy Słupskiej i Środkowej. Rybacy już spoglądają na horyzont z przerażeniem.

Silne wiatry, niebyt głębokie wody, mało tras żeglugowych, obszar niezbyt wartościowy ekologicznie - w sam raz na spełnienie dyrektyw unijnych. Tak określono Ławicę Słupską i Ławicę Środkową. Inwestorzy już zacierają ręce i tłumnie ruszyli po wytypowane na Bałtyku działki. Prąd z morza ma popłynąć dopiero za osiem lat. To wersja optymistyczna. Jednak według Unii, do 2020 roku musimy korzystać z określonej procentowo liczby energii pochodzącej z morskich wiatrowni. Teraz więc zabrzmiał ostatni dzwonek, żeby zdążyć z długimi procedurami.

Kilka dni temu Ministerstwo Transportu, Budownictwa i Gospodarki Morskiej ogłosiło kolejne lokalizacje, na które można składać wnioski o wydanie pozwolenia na wznoszenie sztucznych wysp. To prawne określenie miejsc, gdzie staną wiatraki. Te lokalizacje dotyczą okolic 55. równoleżnika i 17. południka, czyli bardzo blisko nas. Takich pozwoleń resort wydał około dziesięciu, ale chętnych jest prawie siedem razy więcej.

Tymczasem Regionalny Dyrektor Ochrony Środowiska w Gdańsku zawiadomił, że wszczął postępowanie administracyjne w sprawie wydania decyzji o środowiskowych uwarunkowaniach. Jedna ze spółek jest zainteresowana budową morskich farm wiatrowych w polskiej wyłącznej strefie ekonomicznej, na wysokości gminy Smołdzino - Neptun I, II i III. Obwieszczenie dostali wszyscy zainteresowani - od urzędów morskich po samorządy, łącznie z wojewodą pomorskim.

- To pierwsze ogłoszenie, dotyczące wiatraków na morzu, jakie do nas dotarło - mówi Marek Kurowski, naczelnik wydziału ochrony środowiska w usteckim ratuszu. - Morskie farmy są lokalizowane powyżej 23 kilometrów od brzegu, więc dla gmin leżących nad morzem nie mają żadnego znaczenia. Chyba że, w niektórych miałyby powstać fabryki, produkujące olbrzymie konstrukcje potrzebne do budowy wiatraków. Obwieszczenie zostało wywieszone i opublikowane. Do mnie nie dotarły żadne sygnały o sprzeciwach z jakiegokolwiek środowiska.

Rybacy nic nie wiedzą

Wypowiedzieć może się więc każdy. Także rybacy, którzy twierdzą, że do tej pory nikt o zdanie ich nie prosił.

- Nie było z nami żadnych rozmów - twierdzi Adam Jakubiak, armator z Ustki, członek Krajowej Izby Producentów Ryb. - To gra nie fair, bo stawia się nas przed faktem dokonanym. Decyzje polityczne zapadają bez względu na to, czy nam się coś podoba, czy nie. Każda ingerencja w środowisko naturalne nie sprzyja mu, ale to nam, rybakom zarzuca się degradację Bałtyku. Gdzie są organizacje ekologiczne?

Rybak twierdzi, że kutry i tak już są osaczone ze wszystkich stron.

- Poligon, gazociąg północny, strefa rozgraniczenia ruchu, a niedawno w obszarze przybrzeżnym został wytyczony tor dla statków handlowych. Mamy coraz więcej akwenów wyłączonych z ruchu. Na północy dojdą wiatraki. Nie będzie jak dopłynąć na łowiska, po prostu dotrzeć do ryby. A przecież Ławica Słupska to bogate źródło śledzia - argumentuje Adam Jakubiak. - Z niepokojem, a nawet z przerażeniem patrzymy na mapę lokalizacji farm. Jeśli tę mapę przyłożyć do internetowej aktywnej mapy kursu jednostek na morzu, to dokładnie widać, że na naszych łowiskach staną wiatraki.

- Temat wiatraków nabiera przyspieszenia, bo jest duży nacisk ze strony inwestorów. Jednak samo wystąpienie do RDOŚ o wydanie decyzji środowiskowej nie oznacza jeszcze pozwolenia na budowę - mówi Tomasz Bobin, dyrektor Urzędu Morskiego w Słupsku, który jednak przyznaje, że konferencje i spotkania są organizowane głównie po to, by przekonać posłów, bo procedury wymagają jeszcze zmiany przepisów. - Nie tylko potencjalni inwestorzy są ważni. Środowiska rybackie i żeglarskie zostały zaniedbane. W tej sprawie trzeba zachować rozsądek, bo nie mamy też pełnego monitoringu i nie wiemy, co dzieje się na dnie Bałtyku. A tam są zatopione materiały niebezpieczne i wraki nie do końca zweryfikowane.

Koszt budowy jednego wiatraka to 3-3,5 miliona euro. Na przykładowej farmie może stać 48 kolosów, dających moc 250 MW. Argumentem za jest prognoza, że przy budowie i obsłudze farm znajdzie zatrudnienie 150 tysięcy osób. Dla przeciętnego Kowalskiego jest gorsza wiadomość - prąd płynący z tak kosztownych inwestycji nie będzie tańszy.

Prąd z morza

W 2020 roku każde państwo Unii Europejskiej musi pozyskiwać energię odnawialną. Część ma pochodzić z farm wiatrowych na Bałtyku. Nasze morze już podzielono na działki. Najwięcej jest ich na północ od nas. Część Bałtyku na mapie zamieszczonej na stronach Ministerstwa Transportu, Budownictwa i Gospodarki Morskiej wygląda jak teren budowlany. Największe zagęszczenie działek jest w okolicy Ławicy Słupskiej i Ławicy Środkowej.

- Instytut Morski wykonał mapę potencjalnych lokalizacji farm wiatrowych. Wynika z niej, że 90 procent wytypowanych miejsc znajduje się w obszarze administracji Urzędu Morskiego w Słupsku - mówi Tomasz Bobin. - Według wymogów unijnych do 2020 roku 34 procent energii w całej Unii ma pochodzić z Odnawialnych Źródeł Energii, czyli OZE. Z tego 40 procent z farm wiatrowych. Liczymy dalej, bo 30 procent - z wiatraków na lądzie, a pozostałe 10 procent - z wiatraków zbudowanych na morzu.

Teraz najwięcej takich farm mają Wielka Brytania, Dania i Niemcy. Polska - na razie żadnej. Procedura - od ubiegania się o lokalizację, poprzez budowę aż do pierwszego wata z wiatraka, trwa od ośmiu do dziesięciu lat. Dlatego właśnie teraz temat nabrał rumieńców. Działkami na morzu interesują się spółki najbogatszych Polaków, ale także te dopiero co zawiązane na okoliczność wynajęcia kawałka akwenu i postawienia ponadstumetrowych kolosów.

Droga do inwestycji

- Procedurę rozpoczyna uzyskanie pozwolenia na wznoszenie i wykorzystywanie sztucznych wysp, konstrukcji i urządzeń w wyłącznej strefie ekonomicznej. To na razie wydaje minister transportu, budownictwa i gospodarki morskiej. Jednak potrzebna jest pozytywna opinia sześciu innych ministrów: środowiska, rolnictwa, obrony narodowej, spraw wewnętrznych, gospodarki oraz kultury i dziedzictwa narodowego - wylicza dyrektor Bobin.

Jeśli jest zgoda, rozpoczynają się badania. To kwestia dwóch lat. Od badania dna morskiego, tras przelotowych ptaków, migracji ryb. Oczywiście inwestor musi mieć umowę z odbiorcą energii. Do dzisiaj wpłynęło do ministerstwa ponad 60 wniosków o pozwolenie na budowę wysp. Część została odrzucona ze względu na negatywną opinię resortu środowiska, a przede wszystkim rolnictwa, które ma na uwadze tereny połowowe. Wydano około dziesięciu pozwoleń. Jednak już są gotowe do wzięcia kolejne lokalizacje.

Benedykt Hac, kierownik Zakładu Oceanografii Operacyjnej Instytutu Morskiego w Gdańsku, który wykonywał mapę lokalizacji, podkreśla, że to potencjalne rejony, gdzie mogą zostać posadowione wiatraki.

- To obszary możliwe do wykorzystania, przydatne. Jednak muszą być jeszcze przeprowadzone badania ukształtowania i struktury dna - mówi naukowiec. - Wydzieliliśmy dwa tysiące kilometrów kwadratowych, a może się okazać, że pod wiatraki będzie przydatnych tylko kilkanaście procent.

Dlaczego najwięcej farm ma powstać na północ od Wybrzeża Środkowego? Tereny te będą zamknięte dla innej działalności.

- Jest ono najbardziej zasobne w obszary do tego się nadające - argumentuje Benedykt Hac. - Te działki nie leżą na trasach żeglugowych, w obszarach chronionych. Ławica Słupska i Ławica Środkowa mają odpowiednią głębokość od 20 do 40 metrów i dobry grunt. Zatoka Gdańska jest za głęboka. Jednak wszystko okaże się po weryfikacji.